rasizm
Fot. H.-P.Haack

Naukowy rasizm

Trudno napisać naprawdę śmieszny skecz kabaretowy lub nakręcić film kryminalny. Jeżeli bowiem na liście podejrzanych jest gej, Żyd, czarnoskóry, aktywista klimatyczny oraz Polak katolik, to rozwiązanie zagadki jest znane od początku. Nie ma ochrony biały ani wierzący, ale najpraktyczniejszym obiektem ataku jest Polak. Antypolonizm to ostatni bastion klasycznego rasizmu.

Nauka i jej konsekwencje

Czy wolno się zajmować tematyką ras?  Temat budzi olbrzymie emocje, choć rozumując na chłodno – dotyczy jedynie pomiarów korelacji profilu genetycznego z innymi cechami ludzi. Steven Pinker twierdzi, że nie powinno z tym być żadnego problemu, a jednak jest. Dlaczego?

Emocje wynikają stąd, że temat dotyczy nas osobiście i może prowadzić do wartościowania. U szpaków analiza altruizmu u różnych odmian nas nie podnieca. W przypadku ludzi jest inaczej. Załóżmy, że ktoś wykaże, że Kenijczycy są gorsi z geometrii od białych Francuzów. Prawicowe hieny dziennikarskie zakrzykną: „Profesor Jones udowodnił naukowo, że czarni są głupsi!”, a lewicowe: „Rasista Jones, prawicowy pseudonaukowiec, głosi białą supremację!” Szczegóły nikogo nie interesują. Dlatego niezmiernie ważne jest to, co się mówi, jak się mówi, jak jest to pewne i do czego może być wykorzystane.

Cechy biologiczne konkretnego człowieka, jego umiejętności i charakter zależne są od wielu czynników. Są to po pierwsze geny, ale też tradycja kulturowa, system społeczny i jego bezpośrednie otoczenie – rodzina, szkoła, praca. W końcu każdy jest obdarzony jest wolną wolą i prowadzi swoje własne życie, za które jest odpowiedzialny. Nie podejmuję się oceniać relatywnego znaczenia tych czynników. 

Możemy ludzi grupować według kategorii ze względów czysto poznawczych, ale może to też mieć praktyczny cel. W tym przepadku należy określić:

Narzuca się tu temat rasizmu, ale klasyfikacja ludzi może dotyczyć też innych przypadków. Przykładem może tu być epidemia COVID-a. Chodziło o to, żeby nie wymknęła się ona spod kontroli. Temat ten do dziś budzi gorące emocje. Bo jak ocenić zagrożenie zdrowotne dla osoby oraz płynące od niej zagrożenia dla otoczenia? Należało zdecydować, na co mu pozwolić, co nakazać i czego zabronić i w jaki sposób tę decyzję wyegzekwować. A do tego – kto i na jakiej podstawie ma prawo takie decyzje podejmować. Czy wolno zalutować drzwi (lepiej nie) lub ograniczyć dostęp do sklepu spożywczego? Czy kryteria są tak pewne, jak twierdzono? Teraz wiemy, że nie za bardzo. Celem globalnym było zdrowie i dobrobyt społeczeństwa, ale długotrwałe i intensywne skoncentrowanie na lokalnym celu (liczba zakażeń jednej choroby) spowodowała zaniedbania w leczeniu innych chorób i straty ekonomiczne. Do tego klasyfikacja ludzi i ostre reguły sanitarne były odczuwane jako poniżające i prowadziły do (wzajemnej) stygmatyzacji. Nie chodzi o to, że państwo powinno było puścić sprawy na żywioł, ale że są to problemy bardzo delikatne.

Kryteria rozróżniania ludzi w różnych sytuacjach życiowych mogą rozmaite:

Niektóre kryteria rozumiemy jako niezbędne dla sprawnego funkcjonowania społeczeństwa, przy innych doszukujemy się niecnych zamiarów. I tak wykluczanie pijaków z ruchu drogowego wydaje się oczywiste, podobnie jak wymaganie dyplomów w określonych zawodach. Ale czy żydowski lekarz powinien badać aryjską kobietę, czy wolno wyjść za Chińczyka, czy społeczeństwo ma obowiązek utrzymywać niepełnosprawnych? Poglądy na ten temat się zmieniały. Również dziś niektóre zasady i kryteria mogą nas szokować.

Pozornie tylko odbiegliśmy od tematu ras i rasizmu. Chodziło mi o rozszerzenie pola widzenia. Rasa jest bowiem tylko jednym z wielu kryteriów klasyfikacji ludzi i różnicowania postępowania wobec nich, odbieranego często jako dyskryminację. Dlatego też głoszenie, że rasy nie mają podstaw biologicznych, a są tylko konstruktem kulturowym, nie rozwiązuje problemu prześladowania i nienawiści, znajdą się inne kryteria. Podobnie swastyka oraz sierp i młot symbolizują systemy totalitarne, ale usunięcie wszystkich swastyk nie uwolni nas od tendencji totalitarnych, które mogą się odrodzić w zupełnie nowych formach i symbolach.

Moim tematem jest nienawiść, zwłaszcza grupowa, toksyczna nienawiść wykraczająca poza ramy normalnej sympatii i antypatii.

Swój i obcy

Od niepamiętnych czasów ludzie rozróżniają między swoim a obcym. Nas, Hellenów, łączy język i kultura, inni wydają z siebie tylko bełkot: bar-bar-bar… – to barbarzyńcy. My, Słowianie, posiadamy słowo, inni to niemowy, Niemcy. My, „Inuit”, to po prostu „ludzie”.

Obcych chcemy też poznać. Herodot opisywał dzieje i zwyczaje Persów i Egipcjan, a za nim wielu innych. Relacje takie można pisać z czystej ciekawości, dla zachwycenia świata ciekawą opowieścią (Marco Polo), dla przygotowania handlu i podboju (Kolumb, Magellan, kapitan Cook), wreszcie w celach wychowawczych. Można w porównaniu z innymi ludami szukać potwierdzenia własnej wyższości nad dzikusami. Ale można też napominać gnuśność rzymskich współobywateli, jak Tacyt prezentujący dzielnych Germanów lub wiele lat później ośmieszać obyczaje na dworze francuskim ustami Indianina z plemienia Huronów (Wolter) lub perskich wysłanników (Monteskiusz). Opisując inne ludy nie przejmowano się polityczną poprawnością. Dotyczy to również światłych Encyklopedystów. W encyklopedii Diderota i d’Alemberta w haśle „Humain, espèce” (Rodzaj ludzki) tak opisani są Eskimosi: „Kobiety są równie brzydkie jak mężczyźni, ich piersi są wielkie, a sutki czarne jak węgiel, podróżnicy mówią, że mają one włosy jedynie na głowie.” Polecić też można hasło o polskim kołtunie – Plica Polonica. 

Ze swoim się trzyma (choć różnie to bywa), obcy jest konkurentem i zagrożeniem. Stałym elementem historii są najazdy i podboje. Z obcymi mężczyznami się walczy, ich kobiety można zdobyć. To brutalne, lecz problemy w końcu rozwiązuje biologia, jak w legendarnym porwaniu Sabinek przez Rzymian. Ich ojcowie chcieli pomścić porwanie córek, lecz te powstrzymały ich zapał, pokazując nowonarodzone dzieci, wołając: „To wasze wnuki!” W podbitym kraju zwycięscy rycerze zajmowali się pracą i wojaczką, a ujarzmione kobiety przekazywały dzieciom swoją mowę i swoje zwyczaje. Tak było wielokrotnie. W podbitej przez Normanów Anglii pan domu mówił po francusku, ale dzieci poznawały angielski. Podobnie było w podbitej przez Hiszpanów Ameryce. Dawało to mieszankę genetyczną i kulturową, co po latach doprowadzało do rozpaczy poszukiwaczy czystej rasy.

Po odkryciach geograficznych Europejczycy zobaczyli, jak wielu jest rozmaitych innych. Robiło to takie wrażenie, jak obecnie podróże kosmiczne, z tą różnicą, że na Księżycu nie odkryliśmy innej cywilizacji, a w Ameryce tak. Teatr Szekspira nazywał się Globe, Kula ziemska – symbol nowych czasów. To spotkanie rodziło pytanie, czy tamci są takimi samymi ludźmi jak my, czy mają taką samą duszę, czy mogą dostąpić zbawienia, a więc, czy obejmuje ich ta sama miłość bliźniego. Bo może są rzeczywiście tylko inteligentnymi zwierzętami pociągowymi. Teoria skłaniała się do opinii, że są ludźmi takimi jak my, z praktyką bywało różnie. Ale czy całkiem takimi samymi? Stwierdzenie, że są immanentnie niżsi od nas dawałoby naukowe uzasadnienie dla wykorzystywania ich.

Radykalna asymetria między cywilizacjami powstała, gdy świat Zachodu połączył naukę, obserwującą świat, z techniką, zmieniającą go. Używając słów Jareda Diamonda, biały człowiek dostał strzelby, zarazki i stal (Guns, Germs, and Steel), które dały mu niepodważalną przewagę nad innymi na kilka stuleci. Uwaga co do zarazków: owszem, żyjąc w brudzie razem ze zwierzętami domowymi, biali uodpornili się na wiele chorób, które po ich przybyciu wyludniły Amerykę z dotychczasowych mieszkańców, jednak tropiki broniły się przed inwazją dość skutecznie. Pracownik Kompanii Wschodnioindyjskiej w Kalkucie prowadził życie zamożne, lecz niekoniecznie długie.

Tym niemniej, stalowe parowce pozwoliły na globalną dominację i olbrzymie zyski. Morze, fizycznie oddzielające kolonie od metropolii, pozwoliło na zachowanie iluzji demokracji i sprawiedliwych rządów. W Brukseli – małże, frytki i piwo, w Kongu – jądro ciemności. Dominacja nad światem, od teraz po wiek wieków, dawała poczucie immanentnej wyższości. Ceną było brzemię białego człowieka – misja cywilizowanie świata, nawet wbrew jego mieszkańcom.

Darwin i desakralizacja życia

„Od Darwina do Hitlera” – tak zatytułował swoją książkę Richard Weikart. Nie można powiedzieć, że darwinizm prowadzi prostą drogą do ludobójstwa, znakomicie ułatwia jednak pokonać bariery moralne. Dotyczy to zresztą i komunizmu, rozwijającej się równolegle idei rewolucji, przewartościowania wszystkich wartości.

Teoria ewolucji sama w dobie nie powinna budzić emocji. Organizmy dostosowują się do środowiska, stopniowymi zmianami, lepiej dostosowane mają większe szanse przeżycia, zmiany są dziedziczne. Ważną rolę odgrywa dobór seksualny, bo jeżeli lepiej dostosowany nie będzie atrakcyjny, to przepadło. Uzasadnione są pytania, jaki jest mechanizm dziedziczenia i zmian (mutacji), czy tempo przypadkowych mutacji pozwala na dojście od bakterii do człowieka. Zwolennicy Inteligentnego Projektu (niekoniecznie boskiego) twierdzą, że zwłaszcza konstrukcja skomplikowanych organów (oko, ucho), wymagających wielu skoordynowanych mutacji jest zbyt mało prawdopodobna, a i samo powstanie kodu genetycznego z niczego graniczy z cudem. Twardzi darwiniści uważają, że jakoś to działa, że to tylko kwestia czasu. Darwin nawet nie znał prac Gregora Mendla nad dziedziczeniem. Dziś wiemy o mechanizmach dziedziczenia o wiele więcej, ale obraz się nie upraszcza, przeciwnie – robi się coraz bardziej złożony. Mitem jest też, że wyjaśnia powstanie życia z materii nieożywionej.

Tak jednak uważano. Uważano, że Stwórca nie jest potrzebny ani dla powstania życia, ani człowieka. Człowiek stał się zwierzęciem, jak wszystkie. Stąd emocje, jakie wzbudzał darwinizm. Pewien oddźwięk społeczny miała jeszcze teoria względności – „wszystko jest względne”, ale wywracająca obraz świata fizyka kwantowa już nie. Darwinizm za to dotykał nas osobiście. „To co, moja matka była małpą?” – zapytał żołnierz oficera politycznego. „No, matka, to nie, ale może babka” – odpowiedział skonfundowany politruk. Stąd „małpie procesy” w Ameryce – czy nauczanie darwinizmu ma być zakazane, dozwolone czy obowiązkowe.

Wydawało się, że darwinizm pozwolił ostatecznie wyrzucić z nieba Boga. Razem z Bogiem straciła podstawy chrześcijańska moralność. Moralność stała się adaptacyjnie ewoluującym zbiorem zasad. W konsekwencji żadne zasady nie miały już trwałych podstaw. A jeżeli jakieś miały zostać, to tylko takie, które współdziałały z ewolucją, prowadziły do doskonalenia gatunku. Również życie jednostki straciło swoją immanentną świętość. Jednostka wchodzi tylko w statystykę, jej zadaniem jest zwiększanie sprawności grupy. Grupa ma prawo jednostki sprawne wspierać i rozmnażać, a inne odsuwać na bok, sterylizować lub fizycznie eliminować. Tym bardziej, że naturalizm, materializm czy redukcjonizm powiada, że oprócz materii nie ma nic, człowiek jest jedynie zlepkiem komórek, kupką atomów. Co prawda również Biblia uczy, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale dla materialisty również w międzyczasie nic więcej nie istnieje. Człowiek został wyzwolony z oków przesądu, by stać się tylko pyłem. Możemy się domyślać, do czego to prowadzi.

Eugenika 

Konsekwencją traktowania ludzi jak zwierząt jest eugenika. Jeżeli można ulepszyć rasy krów, to można też ulepszyć rasę ludzką. Można dbać o higienę i tężyznę fizyczną, co jest godne pochwały. Ale można też eliminować osobniki słabsze, które obciążają społeczeństwo i mało wnoszą – przez sterylizację lub zastrzyk trucizny. A zdrowe okazy można wykorzystać jako samce i samice rozpłodowe. Wybranym można też formować umysły, by stworzyć z nich Nowego Człowieka. Ponieważ nie jesteśmy sami, musimy coś zrobić z konkurencją – inne narody można ujarzmić, ogłupiać i wyzyskiwać, a w razie potrzeby likwidować.

Takie poglądy były powszechne wszędzie, od rewolucyjnej lewicy po nacjonalistyczną prawicę. Wyrazem ich jest nazistowski film „Wszelkie życie jest walką” z 1937 – zabijają i zjadają się zwierzęta, a czyż i my nie jesteśmy zwierzętami?

Książki o eugenice i higienie rasowej firmowane były wtedy przez szanowanych profesorów. Długo wydawało się, że znalazły swój koniec w berlińskim Führerbunkrze, ale wracają pod nowymi postaciami i w nowych dekoracjach. Ale zawsze w otoczce nauki i postępu. I nie trzeba dodawać, że to my będziemy hodować tamtych, a nie na odwrót.

Galton i antropometria

Od epoki oświecenia ludzie wszystko mierzyli i klasyfikowali. Linneusz wprowadził systematyczną klasyfikację organizmów żywych. Czemu w podobny sposób nie klasyfikować ludzi? Jednym z pionierów ścisłej klasyfikacji był sir Francis Galton, kuzyn Charlesa Darwina – dziadkiem obu był Erasmus Darwin. Galton był człowiekiem wielu talentów. W podróżach po świecie badał życie „dzikich i prymitywnych” ludów, zapoczątkował naukową meteorologię, wprowadził badanie odcisków palców do kryminalistyki, a zwłaszcza zajmował się antropometrią i psychometrią. Jego ważnym dziełem jest „Dziedziczny geniusz”, gdzie wylicza wybitnych intelektualistów w różnych narodach, zwracając uwagę na ich powiązania rodzinne. Niewiele wiedziano o mechanizmach genetyki, ale zauważono dziedziczność cech – zewnętrznych, więc pewnie też i psychicznych. Jako wybitne umysły interesowali go naukowcy, politycy, artyści lub duchowni – a więc klasyczne talenty akademickie, pielęgnowane w cywilizacji Zachodu. „Dzicy” nie mieli tu szansy. Wydaje się jednak, że gdyby Galton spróbował konkurować z Hotentotem w przeżyciu na pustyni Kalahari, miałby marne szanse i zrozumiałby, że istnieją różne rodzaje inteligencji i nie we wszystkich on wygrywa.

Ważnym badaczem był też niemiecki darwinista Ernst Haeckel. Był bystrym obserwatorem przyrody, wydaje mi się, że jego rysunki embrionów różnych zwierząt, takich jak żółw, pies czy człowiek, mogłem widzieć w moich podręcznikach biologii. Jego opus magnum to „Naturalna historia stworzenia”, pięknie ilustrowana, okaz niemieckiej precyzji. Wydanie z roku 1868 ma na frontyspisie sześć głów małpich i sześć głów ludzkich. Haeckel pisze otwartym tekstem, że prymitywnym ludom (jak Tasmańczycy) bliżej do najbardziej rozwiniętych małp (szympans, goryl) niż do stojącego na szczycie indogermanina. Mocne. Wszyscy pochodzimy od małpy, ale ty małpą pozostałeś. Haeckel odróżnia 10 gatunków (nawet nie ras) człowieka, od małpoluda (Homo primigenius) i Papuasa (Homo papua), po człowieka żółtego (Homo mongolicus), czerwonego (Homo americanus) i białego (Homo caucasicus).

Analogiczne schematy można znaleźć u Anglosasów, gdzie na szczycie będzie English gentleman. Nie po to gramy w rasy, żeby przegrywać. Również osobista czaszka badacza okaże się czaszką optymalną.

Kryteria klasyfikacji

Jeżeli chcemy różnie traktować różne grupy ludzi, potrzebujemy kryterium selekcji. Zawiłości i nieścisłości sugerują, że może cała podstawa teoretyczna jest niezbyt solidna.

Czasami jest to kryterium bardzo proste. Tuż po rewolucji bolszewickiej odróżniano robotnika od burżuja według kryterium „pokaż ręce”. Konsekwencją mogło być rozstrzelanie na miejscu.

Południowoafrykański apartheid dzielił ludzi na białych, czarnych, kolorowych i Azjatów (Hindusów). Konsekwencją było korzystanie z oddzielnych toalet, prawo do osiedlania w innych obszarach i najróżniejsze formy dyskryminacji w wykształceniu i pracy. Ponieważ nie znano genetyki, opierano się na historii rodzinnej i wyglądzie. Kategoria kolorowych z natury była rozmyta. I tak syn czarnego, brat czarnego, ale o faktycznie nieco jaśniejszej karnacji, mógł sobie załatwić przekwalifikowanie na kolorowego. Problemem były kontakty międzynarodowe. Ponieważ kontakty z Japonią były biznesowe i dyplomatyczne, przyznano Japończykom status „honorowych białych”. 

W nazistowskich Niemczech ustawy norymberskie precyzowały, kto jest Żydem, kto Mischlingiem i którego stopnia. Ale zasłużeni dla systemu mogli być uznani za „Ehrenarier”, honorowych aryjczyków. Przykładem jest feldmarszałek lotnictwa Erhard Milch, o którym Göring powiedział: „O tym, kto w Luftwaffe jest Żydem, decyduję ja”. Oni też musieli rozpracować problem klasyfikacji swoich japońskich, muzułmańskich i hinduskich sojuszników. Ale dobrze wykształcony w naginaniu faktów intelektualista jest w stanie udowodnić wszystko.

Zagmatwane i zmienne są amerykańskie formularze wizowe. Należy podać rasę/grupę etniczną, a możliwe opcje są następujące (w uproszczeniu): Indianin lub Alaskanin, Azjata, czarnoskóry, Hawajczyk, biały. Można wybrać więcej niż jedną opcję, a na to nakłada się pytanie, czy osoba jest Latynosem. Widać, że klasyfikacja ta nie ma nic uniwersalnego i odnosi się tylko do USA i okolicy. Co ciekawe, do białych zalicza się również pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki północnej, a więc (razem!) Żydów i Arabów.

W Brazylii, kraju o największej czarnoskórej populacji w Ameryce Łacińskiej, występuje pojęcie koloryzmu (colorismo) lub pigmentokracji. Zwraca się uwagę na faktyczny odcień skóry, widoczny gołym okiem. Podstawowymi grupami są: biały, szary (pardo) i czarny, ale istnieje bogate słownictwo na rozmaite warianty fenotypu, w tym rodzaj włosów itp. Dane te nie są sformalizowane (np. w dokumentach), raczej istnieją w świadomości. Mają wpływ na szanse życiowe oraz wprowadzają dodatkowe podziały i konkurencję wewnątrz grup etnicznych. Mogłyby służyć dla wspomagania grup upośledzonych, ale raczej petryfikują podziały.

Na przykładach tych widzimy, że pozornie oczywista klasyfikacja staje się niejasna, a zwłaszcza nie stosuje się globalnie. W Polsce wyróżnianie mieszkańców Alaski lub Hawajów jest bez sensu. W Izraelu złączenie Żydów, Arabów i gojów byłoby szokujące.

Pionierzy naukowego rasizmu

Nauka o rasach była niegdyś poważną i szanowaną dziedziną wiedzy. Za patrona naukowego rasizmu można uznać Arthura de Gobineau, który jeszcze w połowie XIX wieku wydał 4-tomowe „Szkice o nierówności ras ludzkich” (1853-55).

Na przełomie XIX i XX wieku ukazało się kilka prac na temat rozwoju ludzkiej cywilizacji, klasyfikacji jej wariantów i ich ewolucji, podobnej do biologicznej, od młodości do upadku. Można tu wymienić takich autorów, jak Georges Vacher de Lapouge „Aryjczyk i jego rola społeczna” (1899), Houston Stewart Chamberlain „Podstawy XIX wieku” (1899), Madison Grant „Odejście wielkiej rasy” (1916), Oswald Spengler „Zmierzch Zachodu” (1918-22), Feliks Koneczny „O wielości cywilizacyj” (1935), a o wiele później Samuel P. Huntington „Zderzenie cywilizacji” (1996), a ostatnio Aleksandr Dugin i jego ezoteryczne rozważania. Książki te spotykają się często z ostrą krytyką, choćby ze względu na szeroki zakres zagadnień, nie do objęcia przez pojedynczego autora, któremu wobec tego łatwo jest zarzucić nieznajomość szczegółów. Ale o wiele większym problemem jest klasyfikacja i wartościowanie kultur. Spenglera, Konecznego i Huntingtona można chyba w miarę bezpiecznie czytać, inne są raczej zawołaniem do boju. Głównym dziś obiektem krytyki jest pochwała cywilizacji białego człowieka (white supremacy), a zwłaszcza krytyka kultury żydowskiej, przechodząca w ostry antysemityzm.

Rozwińmy dwa przykłady

W Ameryce ważną postacią był Madison Grant, biolog i propagator ochrony przyrody. Ważnym dla niego zagadnieniem była zmiana struktury demograficznej Ameryki, zbudowanej (kosztem Indian) przez nordyckich blondynów, znanych nam z westernów – walecznych kowbojów, pracowitych purytanów i ich dzielne kobiety. Na początku XX wieku nastąpił wielki napływ przybyszów z Europy – biednych, brudnych i niewykształconych. Byli to Włosi i Irlandczycy – pogardzani katolicy, którzy po sporym czasie zostali jednak uznani za wystarczających białych. Tym niemniej w kulturze popularnej Włoch funkcjonuje jako mafioso, a Irlandczyk (podobnie jak Polak) jako pijak i rozrabiaka, ewentualnie jako ksiądz – kiedyś szlachetny, obecnie fanatyk i pedofil. No i przybyli jeszcze gorsi – Słowianie i Żydzi. Również zasymilowani niemieccy Żydzi, Warburgowie i Guggenheimowie, byli przerażeni nowymi przybyszami ze sztetla. Hasłem stało się „samobójstwo rasy”, podobnie jak wymiana ludności. Stąd tytuł dzieła Madisona Granta: „Odejście wielkiej rasy”. Grant zdobył wielką popularność, był autorytetem dla niemieckich (i nazistowskich) obrońców nordyckiej rasy.

Inną ważną postacią był Houston Stewart Chamberlain, z pochodzenia Anglik, zięć Richarda Wagnera, mąż jego córki Evy i wielbiciel jego żony Cosimy. Jego „Podstawy XIX wieku” to rozważania na temat degeneracji aryjskiej kultury poprzez wpływy żydowskie. Książka była objętościowo solidna i mimo swoich 1200 stron znalazła 250 tys. nabywców. cała działalność autora obraca się w kręgach festiwali w Bayreuth, muzyki Wagnera i jej wielbiciela Adolfa Hitlera. Łatwo domyślić się, że dziś książka ta nie jest nadmiernie eksponowana.

Zwróćmy uwagę, że nie były to broszurki sprzedawana pokątnie spod lady, ale raczej pokaźne, pięknie wydanie tomiska, często bestsellery swojej epoki. Pokazuje to nam, jak bardzo zmieniają się gusty i poglądy, zwłaszcza gdy późniejsze wydarzenia historyczne przedstawiają je w nowym, ostrym świetle i przeszłość należy upiększyć lub wygumkować.

Antysemityzm

Gdy mówimy o rasizmie musimy poruszyć problem antysemityzmu, a dokładniej relacji między gojami (chrześcijanami i ateistami) a Żydami. Jest to tak obszerny temat, że możemy go tylko zasygnalizować. Również nie ma tu miejsca na poważne omówieniu Holokaustu, który dominuje nad całą tą tematyką. Dominuje jak jaskrawe słońce, w którego promieniach nie widać niczego innego. Wszystkie uprzednie zdarzenia wydają się zmierzać do tej kulminacji, trudno je więc analizować na spokojnie. Co do Holokaustu, jego wyjątkowy charakter polegał na pełnoskalowym zaangażowaniu możliwości technicznych i organizacyjnych nowoczesnego państwa w celu zagłady znienawidzonego narodu. 

Popularny w światowej narracji zlepek pojęciowy „polski antysemityzm”, sugerujący, że był on czymś wyjątkowym i ekstremalnym, służy raczej dla odwrócenia uwagi niż rzetelnego przedstawiania faktów. W XIX i XX wieku antysemityzm był w Europie i Ameryce zjawiskiem powszechnym. Można tylko przypomnieć światowy sukces „Protokołów mędrców Syjonu”. We Francji Édouard Drumont opublikował w 1886 pamflet „La France juive” (Żydowska Francja) – 1200 stron w dwóch tomach, 62 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w pierwszym roku. Podczas gdy wcześniej społeczność żydowska żyła oddzielnie, według swoich praw, po emancypacji Żydzi asymilowali się i wchodzili w dziedziny dotychczas zastrzeżone dla chrześcijan, jak nauka, polityka i sztuka. Powodowało to nowe konflikty. Dla samych Żydów asymilacja oznaczała utratę tożsamości, na przykład konieczność naruszania szabatu i reguł koszernego pożywienia.

Podczas gdy nie-Żydzi udowadniali niższość moralną Żydów i ich szkodliwość dla narodowej kultury, sami Żydzi tworzyli własną naukę o rasach. Tematem była czystość rasy, stan zdrowotny i sprawność fizyczna oraz inteligencja. Również zalecenia biblijne co do pożywienia, obrzezania i higieny widziano jako praktyczne reguły zdrowotne – Mojżesz jako pierwszy sanitarysta. Temat tożsamości rasowej nie zniknął do dziś i niektórzy wciąż szukają genu, który udowodni ich pochodzenie od kasty kapłańskiej z czasów Mojżesza i Aarona.

Przewija się tu wiele interesujących, a mało znanych postaci. Zasygnalizujmy tutaj tylko parę nazwisk: Joseph Jacobs, Samuel Weissenberg, Elias Auerbach, Ignaz Zollschan i Arthur Ruppin. Temat na pewno zasługuje na odrębne potraktowanie. 

A jest on fascynujący, lecz trudny. Pełno jest uprzedzeń, problemów poważnych i rozdmuchanych. Może czasem dziwić, co jest przedmiotem sporu. I tak w filmie o Leonardzie Bernsteinie kompozytora ma grać nie-Żyd Bradley Cooper. Pojawiła się kwestia nosa. Czy Bradley ma przypominać Bernsteina? Niby tak, ale Żyd Bernstein miał „żydowski nos”, więc przyprawienie protezy odwołuje się do antysemickich stereotypów. Ale czy orli nos nie będzie jeszcze bardziej podkreślał nos, który miał być, ale go nie ma? Anti-Defamation League wypowiedziała się za protezą. Moim zdaniem, ważniejszym problemem są strzelaniny w synagogach niż profil nosa aktora. Przykład ten pokazuje, że pułapki czyhają na każdym kroku.

Tyle anegdotka. Ale obecnie dzieją się rzeczy poważne. Wojna Izraela z terrorystami Hamasu i ludnością cywilną Gazy ma potencjał na potężną eksplozję. Powstaje pytanie, jakie się w ten konflikt włączą dalsze grupy (Hezbollah?) i państwa (Iran?). Przez Europę przetaczają się wielkie demonstracje propalestyńskie, w których biorą udział muzułmańskie masy i europejska lewica. Nie chodzi już o namalowaną gdzieś swastykę, realnie zagrożone jest życie europejskich Żydów. A na Bliskim Wschodzie obie strony eskalują konflikt. Również Europa – niezależnie od swej woli – może się stać terenem starcia.

Biali i czarni

Drugim ważnym tematem, który trudno przedstawić wyczerpująco w tych ramach, to stosunki między białymi a czarnoskórymi na przestrzeni historii. Najbardziej jest ten temat żywy w Ameryce, ale nie dotyczy tylko jej. Fascynujący jest temat roli Afryki w historii Europy – kontaktów, handlu, podboju. Dalszym tematem jest niewolnictwo i jego reperkusje, które trwają aż do dziś. My, biali, mamy skłonność do kwitowania sprawy – było, minęło. Ale jak to jest dla czarnoskórych? Podobny temat: jak się czuje Indianin Navajo oglądający road movie w stylu „Easy Rider”, gdzie biali szaleją po jego ojczyźnie, zachwyceni swobodą w tym „pustym” terenie. My, Polacy, powinniśmy rozumieć nie tylko białych zwycięzców. W historii to my bywaliśmy podbici i ujarzmieni.

Jeżeli jednak mówimy o zadośćuczynieniu, to kogo ma ono obejmować? I na czym ma polegać? Bezstresowe życie na zasiłku, z preferencyjnym traktowaniem samotnych matek, rozbija rodziny i oducza pracy. Jak pomagać, by nie zaszkodzić? Dalej: ułatwianie studiów czarnoskórym rasowo dyskryminuje Azjatów, którzy mniej się skarżą, a więcej pracują.

Podkreślam – ten ważny problem jest w tym miejscu jedynie zasygnalizowany.

Jak jest naprawdę

A więc w końcu – rasy istnieją, czy nie? To zależy od tego, co pod tym pojęciem rozumiemy. Oczywiście między ludźmi i między grupami ludzi występują różnice genetyczne. Jeżeli pewna grupa żyła długo w izolacji, będzie posiadała spory zbiór cech wyróżniających ją od innych. Dzisiaj jesteśmy w stanie dokładnie to przebadać. Mogą te różnice dotyczyć koloru skóry i oczu, fizjologii, odporności na choroby albo reakcji na określone leki. Taką cechą jest tolerancja laktozy, czyli możliwość trawienia produktów mlecznych u osób dorosłych. Pojawiła się około 10 tys. lat temu u plemion pasterskich, jest dziedziczona genetycznie. Ale nikogo to nie podnieca. Emocje wzbudzają cechy pozwalające na wartościowanie – kto jest inteligentny, pracowity i szlachetny, a kto jest z natury głupi, leniwy i skłonny do przestępstw. Chcielibyśmy mieć do dyspozycji prosty i jednoznaczny test – kto jest kim? Optymalnym kryterium byłby kolor skóry. W każdej populacji występuje jednak rozrzut wewnętrzny, według dzwonowej krzywej Gaussa. Wśród białych są mądrzy i głupi, pracowici i leniwi, podobnie wśród czarnoskórych. Czy większy jest rozrzut wewnątrz grupy czy między grupami? 

Konkretna obserwowalna cecha, jak inteligencja, jest sumą wielu składowych, kodowanych przez wiele genów. Naiwnością by było twierdzenie, że znamy powiązania w tak złożonym systemie, a zwłaszcza wiemy, jak ulepszanie jednej cechy wpływa (potencjalnie negatywnie) na inne cechy. Nie ma czegoś takiego, jak „gen Einsteina”. Poszukiwanie prostych (trywialnych) rozwiązań może dać taki efekt, jak lobotomia, „naprawianie komputera młotkiem”.

Wyznaczanie i wartościowanie ras ma sens, jeżeli interesujące nas cechy są dziedziczne, i to na tyle twardo, że człowiek jest niewolnikiem swoich genów. Tak jednak nie jest. Aktywizacja genów zależy od czynników zewnętrznych (epigenetyka). W dobrych warunkach Holendrzy są wysocy, prawdopodobnie mają odpowiednie geny, jednak na ich działanie mają wpływ inne czynniki, na przykład odżywianie. W zimie 1944-45 Niemcy – w odwecie za strajk kolejarzy – obcięli im racje żywnościowe. Tak było – nawet Holendrzy byli głodzeni, nie tylko wschodni podludzie. Aktorka Audrey Hepburn przeżyła ten czas głodu jako 15-latka, nie przypadkiem była taka drobna. Z głodu zmarło wtedy 20 tysięcy osób, a ci, którzy byli w łonie matki, odnieśli długotrwałe szkody na zdrowiu i żyli krócej. Skutki obserwowano nawet w późniejszych generacjach.

Wielką rolę odgrywają też czynniki kulturowe, a w końcu człowiek jako autonomiczna jednostka ma (jak wierzymy) wolną wolę. Jak możemy porównywać produktywność w nauce Polski, której elity są regularnie wybijane i drenowane, z Ameryką, która ma najbogatsze uniwersytety i sama podkupuje talenty z całego świata? Przecież nie ma to nic wspólnego z genetyką, inne przyczyny są decydujące.

Dalej – jak za czasów Galtona, miarą sukcesu jest inteligencja, wykształcenie i poziom zarobków. A umiejętność współżycia z innymi, założenia szczęśliwej rodziny i wychowania dzieci? Społeczeństwo składające się z samych doktorów krytycznej teorii ras, a nawet profesorów fizyki jądrowej, jest tak samo niezdrowe jak drużyna piłkarska składająca się z samych środkowych napastników. Efekty monokultury widać na przykładzie Korei, gdzie wspaniale rozwija się technika, ale kobiety koncentrując się na karierze nagle zauważają, że już za późno na dziecko. 

Badania w tej dziedzinie są trudne, bo trudne jest przyporządkowanie genów do cech, a i sama statystyka jest trudna, zwłaszcza na wielkich grupach, na długich przedziałach czasowych i przy wielu współdziałających czynnikach. Do tego zawsze pojawia się pytanie, jakich wyników tych badań chcemy, a jakich nie i czy jesteśmy w stanie bez emocji je zaakceptować.

Dlatego badać należy, ale trzeba być bardzo ostrożnym z wyciąganiem sensacyjnych wniosków.

Nienawiść bez ras

Mówi się, że pojęcie rasy nie ma podstaw biologicznych, że to tylko konstrukt kulturowy. Właściwie nie ma to znaczenia. Rasizm to próba zbudowania naukowej podbudowy dla niechęci, pogardy i pragnienia dominacji. Jednak bez tej podstawy wzajemne uprzedzenia dalej mogą istnieć i mieć katastrofalne konsekwencje.

Ciekawe przykłady stosunków między narodami i grupami etnicznymi podaje Amy Chua, znana głównie z książki „Bojowa pieśń tygrysicy”. Chinka, w parze ze swoim żydowskim mężem (Jed Rubenfeld) należą do grup narodowych, które odnoszą największe sukcesy. Twierdzi ona, że źródłem tego są różnice w kulturze i mentalności. Jedną z przyczyn jest wiara we własną wyższość, ale nie tępa arogancja, lecz przekonanie, że my damy radę. Nawet u nas Polaków widzę przeświadczenie, że mimo przegranych powstań i wielu słabości i głupstw nie dały nam rady zabory i okupacje. Wciąż tu jesteśmy, silni. Dlatego też nie paraliżują nas byle szykany i sankcje, na co liczą nasi adwersarze. Drugą przyczyną sukcesów jest (co brzmi dziwnie) niepewność, poczucie zagrożenia. Nie chodzi o strach, ale o czujność. Rozpieszczeni myślą, że mogą sobie pozwolić na wszystko, na przykład na dekady zideologizowanej polityki energetycznej lub destrukcję rodziny. Nasz hymn, mówiący, że jeszcze Polska nie zginęła, otrzeźwia nas, powstrzymuje od powtarzania modnych głupstw. Jako trzeci czynnik sukcesu wymieniają Chua i Rubenfeld kontrolę instynktów i wewnętrzną dyscyplinę, cechy zapomniane, potępiane i wyśmiewane we współczesnej kulturze. I nie ma to nic wspólnego z genami. Do takich grup należą Żydzi i konfucjańscy wschodni Azjaci, ale też Hindusi, Kubańczycy i Mormoni.

Nierówności między grupami prowadzą do zawiści. Czasem więcej od statystyk powie anegdota. Amy miała bogatą ciocię na Filipinach, która na dziesiąte urodziny wysłała jej w liście dziesięć zapakowanych w papier toaletowy diamentów. Amy była tam pewnego razu z wizytą. Idąc przez pałac cioci nocą do kuchni, potknęła się o leżące na podłodze męskie ciała. Byli to śpiący na matach służący. Nie mieli nawet porządnego łóżka, byli traktowani jak zwierzęta domowe. Jakiś czas potem jeden z nich poderżnął swojej chlebodawczyni gardło. Policja podeszła do sprawy pasywnie. Nie było to dla nich niczym nowym, zapewne też ich sympatie nie leżały jednoznacznie po stronie ofiary. Na Filipinach Chińczycy stanowią 1% ludności, posiadają 60% majątku. To widać i to drażni.

Ekstremalne różnice majątkowe prowadzą do ekstremalnego napięcia. Sytuacja jest szczególnie toksyczna, gdy na różnice społeczne nakładają się różnice rasowe, narodowe i wyznaniowe. Amy Chua mówi „dominujących ekonomicznie mniejszościach”. Nie wszyscy przedstawiciele tych mniejszości są aż tak bogaci, ale nienawiść do ekstremalnie bogatych jednostek przenosi się na całą grupę. W wielu krajach Azji taką mniejszością są Chińczycy. Posiadają majątek, posługują się niezrozumiałym językiem i tworzą międzynarodową sieć powiązaną wzajemną lojalnością. Z zewnątrz nie jest to dobrze widoczne, mało który człowiek Zachodu odróżni Chińczyka od Wietnamczyka. A to zmienia. Podczas wojny wietnamskiej Amerykanie walczyli z komunizmem i wspierali kapitalistów. Nie zauważyli jednak, że ci kapitaliści to byli w większości Chińczycy, dla Wietnamczyków ciało obce. Nie jest odkrywcze stwierdzenie, że w świecie Zachodu podobną rolę odgrywają Żydzi. Nie wszyscy są oczywiście bogaci, ale niektórzy są – wystarczy pomyśleć o rosyjskich oligarchach.  Amy Chua wylicza więcej takich sytuacji – Kikuyu w Kenii, Ibo w Nigerii, Hindusi w Afryce wschodniej i Libańczycy w zachodniej. Często mniejszości te nazywane są Żydami Kenii, Nigerii itp., jako że dla wielu to Żydzi są archetypem takiej mniejszości.

Dominująca mniejszość korzysta ze swojej przewagi i bynajmniej nie żyje skromnie, co jeszcze bardziej powiększa napięcia. Dlatego tu i ówdzie dochodzi do zbiorowych wywłaszczeń i pogromów. Czasem lokalny dyktator, który przedtem zbudował swój majątek w symbiozie z taką mniejszością, by zdobyć poklask tłumów nagle prezentuje się jako patriota, chcący oczyścić kraj od obcych wyzyskiwaczy.

Gdy chaos w takim kraju narasta, interweniują czasem kraje Zachodu, chcące stabilizacji sytuacji, zwłaszcza by bez zakłóceń korzystać z jego bogactw. Dokładają do tego walkę o prawa człowieka, wierząc, że demokracja liberalna i gospodarka rynkowa rozwiążą wszystkie problemy. Trzeba przyznać, że wiara w te lekarstwa stała się po kilku negatywnych doświadczeniach wyraźnie słabsza. Bo próbowano tego w Iraku i Afganistanie, z miernym wynikiem. Tak jak jestem zwolennikiem demokracji bezprzymiotnikowej, do jej poprawnego funkcjonowania konieczny jest demos. Jeżeli mamy dwie zwalczające się grupy, jak szyici i sunnici w Iraku (a do tego Kurdowie), przedwczesne wolne wybory doprowadzą albo do petryfikacji dominacji dotychczasowych hegemonów – jeżeli są w większości, albo do obalenia ich władzy przez uciskaną większość i zemsty na dotychczasowych panach. Problem w tym, że w zachodnich demokracjach, mających być wzorem dla świata, również zanika demos. W wielu krajach polaryzacja uniemożliwia sensowną dyskusję i współpracę. I dochodzi do tego nawet bez różnic etnicznych, choć czasem elitarne profesorskie głowy dowodzą, że ich oponenci mają inaczej skonstruowane mózgi.

W skali globalnej taką dominującą mniejszością są kraje Zachodu, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, które skupiają na sobie nienawiść tych, którym gorzej poszło. Oczywiście, kto raz jest na górze, ma środki, by na tej górze pozostać i walczyć z konkurencją, sportowymi i niesportowymi metodami. Jednak źródłem potęgi i bogactwa jest też lepsza organizacja, pracowitość, pomysłowość, odwaga. 

Ostatni bastion rasizmu – polonofobia

Długa jest lista grup, których polityczna poprawność nie pozwala krytykować. Tak długa, że reguły się wzajemnie wykluczają, jak w przypadku kobiet i transseksualistów. Z tej przyczyny trudno napisać naprawdę śmieszny skecz kabaretowy lub nakręcić film kryminalny. Jeżeli bowiem na liście podejrzanych jest gej, Żyd, czarnoskóry, aktywista klimatyczny oraz Polak katolik, to rozwiązanie zagadki jest znane od początku. Nie ma ochrony biały ani wierzący, ale najpraktyczniejszym obiektem ataku jest Polak. Antypolonizm to ostatni bastion klasycznego rasizmu.

Pisze o tym Danusha V. Goska w książce „Bieganski: The Brute Polak Stereotype, Its Role in Polish-Jewish Relations and American Popular Culture” (po polsku: „Biegański, stereotyp Polaka bydlaka”). Tytułowy Biegański to ojciec bohaterki powieści Williama Styrona i późniejszego filmu „Wybór Zofii”. Jako krakowski profesor rozpowszechnia przed wojną antysemickie publikacje, nawołujące do zagłady Żydów, używając niemieckiego słowa „Vernichtung”. Czyli Holocaust to polski pomysł. Trochę to karkołomna konstrukcja, ale na Zachodzie się sprzedaje. Antysemityzm jest więc synonimem polskości. Zachodni autorzy pisząc np. o angielskim antysemityzmie (Fagin Dickensa, Shylock Szekspira) czują się w obowiązku dodać, że nie jest on jednak taki jak polski. Obsesja antypolska powoduje reakcje obronne: izraelskim uczniom odwiedzającym Polskę zdarza się na pożegnanie defekować do łóżek, prawdopodobnie w zemście za Auschwitz. Kierowcy ich autobusów nie wyłączają na postoju silników, by być w gotowości do natychmiastowej ucieczki, gdyby antysemicki motłoch rozpoczął tradycyjny w Polsce pogrom. Kontrastem są „dobrzy naziści” jak Oskar Schindler, zbawca Żydów. Ale nawet ci demoniczni spośród nich prezentują się elegancko w swoich mundurach marki Hugo Boss. 

Inną cechą Polaków jest brud, pijaństwo i chamstwo. Taki jest Stanley Kowalski w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa. Taki jest Borat, „Kazach”, witający się polskim „jak się masz”, chodzący Polish joke. Wobec Polaków można sobie pozwolić na wszystko. Porażająca jest prezentowana przez Goskę lista cytatów z polityki i mediów. W przypadku każdej innej grupy podobne teksty oznaczałyby koniec kariery. I dotyczy to nie opalonych karków, lecz intelektualnych elit. Masochiści, chcący się dowiedzieć, na co stać franko-amerykańskiego pisarza, Raymonda Federmana, profesora licznych uniwersytetów, mogą sobie wyszukać w sieci „Raymond Federman Brudny Zyd goes to Poland”. Szok.

Skuteczną metodą propagandy jest też sztuka. Zabieg polega na tym, że wobec krytyków przedstawia się takie dzieło jako fikcję, a wszyscy i tak traktują je jako dokument: „Polacy przybijali Żydów do drzwi, widziałem w ‘Pokłosiu’”. Taką rolę odgrywa „Malowany ptak” Kosińskiego, przedstawiający Polaków jako istot bardziej zbliżonych do zwierząt niż do ludzi. Używany jest w amerykańskich szkołach jako podstawowe źródło wiedzy o Holokauście i Polsce. Kto poszuka, ten się dowie, że to fałsz, ale komu się będzie chciało? Książka jest sugestywna, jest na nią zapotrzebowanie. Do tego dochodzi komiks Arta Spiegelmana „Maus”, gdzie Żydzi to sprytne myszki, Niemcy – groźne koty, a Polacy mają świńskie ryje i nieprzyjemnie kwiczą. Świnie, jak wiadomo, to zwierzęta ekstremalnie nieczyste. To przecież tylko licentia poetica, ale przekaz podprogowy jest skuteczny. Podobnie jest z nowym filmem Agnieszki Holland „Zielona granica”, który odbierany jest jak dokument, ale oficjalnie dokumentem nie jest. Przedstawia polską straż graniczną jako bandytów bez serca, kontrastując mającą wkrótce rodzić żonę strażnika (Polka, biała, katoliczka) z maltretowaną ciężarną migrantką tak, by nawet niezbyt bystry widz dobrze zapamiętał, kim są w swej istocie Polacy. Podczas brutalnego przesłuchania pojawia się zbliżenie na Krzyż.

Nawet oczywiste fakty, jak męczeństwo rodziny Ulmów, która zginęła chroniąc przez dwa lata rodziny żydowskie, nie zawsze przebijają mur uprzedzeń. Okazało się, że niektórzy nie są w stanie przyjąć nawet daru życia bez złośliwych uwag. Zwłaszcza denerwujące jest, gdy na ironię i kąśliwe uwagi pozwalają sobie pobratymcy nie ofiar, lecz sprawców.

Uprzedzenia te są wpojone tak głęboko, że trzeba dekad, by je przezwyciężyć – oczywiście jeżeli w międzyczasie nie wydarzy się kolejna katastrofa.

Triumfalny powrót ras

Ponad pół wieku temu pastor Martin Luther King temu w swojej sławnej mowie „I have a dream” wyraził marzenie o Ameryce, gdzie białe i czarne dzieci się bawią razem, nie zwracając uwagi na kolor skóry. Wiele się zmieniło od tego czasu. Ale walka z rasizmem wciąż trwa, a nawet się nasila. Tacy autorzy jak Robin DiAngelo czy Ibram X. Kendi widzą świat dychotomicznie: z jednaj strony biali supremacjoniści, z drugiej strony wiecznie prześladowani people of color. Według Kendiego, kto nie jest aktywnym antyrasistą, jest rasistą. Według DiAngelo biali się nie potrafią wyzwolić ze swojego rasizmu, ponieważ każda ich czynność odzwierciedla ich supremację. Wszelkie próby tłumaczenia się (mam czarnego przyjaciela, patrzę na osobę, nie na jej kolor) pogrążają mówiącego, odsłaniają jego paternalistyczny stosunek. Sympatyczny rasizm (czarni dobrze biegają, Żydzi są dobrzy w interesach) to też rasizm. Propagowana przez pastora Kinga ślepota na kolor skóry to zdrada sprawy. Wielu mówi więc o odwróconym, antybiałym rasizmie, ale mówiący tak są godni najwyższego potępienia. 

Tak kategoryczny podział na białych i nie-białych pasuje tylko do stosunków amerykańskich. Czym się mają zamęczać Polacy, którym brak czarnoskórych w otoczeniu, a sami byli obiektem prześladowań przez stulecia? Jaką supremację mają zwalczać u siebie zepchnięci na margines biali, zwani we Francji petits blancs, a w Ameryce white trash? Prowadzi to też do paradoksów. Whoopi Goldberg, czarnoskóra aktorka, której przybrane, żydowsko brzmiące nazwisko miało jej ułatwić karierę, wygłosiła kiedyś pogląd, że Holocaust nie ma nic wspólnego z rasizmem, to tylko sprawa między białymi. Wzbudziło to ostrą reakcję, jako że weszły w konflikt dwa antyrasizmy. Próba logicznej analizy może tylko zaszkodzić. Lepiej się od tej problematyki trzymać z daleka. Nienadążanie za ortodoksją może również zaszkodzić w karierze uniwersyteckiej, a nie zapominajmy, że jeszcze większe pułapki niesie ze sobą tematyka LGBT/gender. Jeżeli widzimy jak w futbolu amerykańskim udający kobietę mężczyzna z całej siły powala przeciwniczkę na ziemię, to jak reagować? Feminizm i tradycyjny savoir vivre kazałby bronić kobiety, ale z drugiej strony byłaby to transfobia. Co ciekawe, pokazane na filmiku kobiety zachowują się, jak gdyby się nic szczególnego nie stało. Starszemu pokoleniu przypomną te dylematy niegdysiejsze omijanie raf materializmu dialektycznego, co też się dało jakoś przeżyć, choć wymagało to sprawnego stosowania dwójmyślenia i nowomowy.

I co z tego wynika?

Wynika z tego to, że ludzie się różnią jako jednostki i grupy. I całe szczęście. Ustalenie twardych faktów jest trudne, liczne parametry są trudno mierzalne. Dużą rolę odgrywają uprzedzenia, oparte na kompleksie wyższości lub niższości. Sytuację zatruwa też polityczna poprawność, wywołująca z kolei emocjonalną reakcję obronną.

Ludzie się różnią z rozmaitych przyczyn i szukanie twardych przyczyn biologicznych, czyli rasy przynosi więcej szkody niż pożytku. Zwłaszcza jeżeli chodzi nam nie o różnice w reakcji na wirusa lub szczepionkę, lecz o klasyfikowanie i wartościowanie ludzi.

Natomiast niezaprzeczalne są różnice kulturalne, często oparte na uwarunkowaniach historycznych. Z jednymi ludźmi żyje się nam lepiej, z innymi mniej. Mi osobiście bardziej odpowiada postawa otwarta na poznawanie ludzi i kultur. Ale przyszły takie czasy, że u innych mniej nas interesuje ich poezja, niż zasięg rakiet. I nie jest to zawsze nasz wybór.

Podczas pisania (i tak już długiego) artykułu, dostrzegłem parę pokrewnych tematów, które zasługują na osobne rozpracowanie:

Jeżeli nawał aktualnych wydarzeń na to pozwoli, mam zamiar do nich wrócić.

Zdjęcie autora: Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Związany z miesięcznikiem i portalem "Wszystko co Najważniejsze" publikując głównie na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się