edukacja

Tragedia polskiej szkoły. Feralne roczniki 2008 i 2009 czeka czwarta rewolucja w systemie edukacji

Nowy rok, nowa władza i nowe trzęsienie ziemi w systemie edukacji. Czy wprowadzany w szkołach podstawowych zakaz zadawania prac domowych oraz planowane ograniczenie podstawy programowej i listy lektur osiągną stawiane sobie przez ministerstwo cele? I jakie mogą być ich niezamierzone konsekwencje?

Eksperymentujecie na nas

Moja młodsza siostra właśnie skończyła szesnaście lat. Jeżeli nowe pomysły MEN rzeczywiście wejdą w życie – mam tu na myśli zapowiadane „odchudzenie” podstawy programowej, bo w szkole średniej zakaz prac domowych nie obowiązuje – to będzie czwarta duża reforma w okresie jej publicznej edukacji.

Na początku były sześciolatki, i te dwa szalone lata, kiedy zamiast jednego rocznika w pierwszej klasie pojawiało się półtora. Osoby, które w pierwszej połowie 2014 roku obchodziły szóste urodziny, miały obowiązek pójścia do szkoły razem z całym rocznikiem dzieci, które w tym samym roku kończyły lat siedem. O efektywności i rezultatach tej reformy najlepiej przemawia chyba fakt, że zaledwie półtora roku po rozpoczęciu przez nie szkoły nakaz ten został cofnięty – co w gruncie rzeczy uważam za słuszną decyzję, acz wprowadziła ona jeszcze więcej chaosu. Potem mieliśmy rok 2017 i abolicję gimnazjów. Tutaj znów można się kłócić, czy było to dobre, czy niedobre, czy ta reforma była komukolwiek potrzebna oraz jakie są jej długoterminowe skutki, ale koniec końców doprowadziło to do tego, że w szkołach podstawowych przystosowanych dla sześciu klas zmieścić się musiało klas osiem — w tym, pragnę przypomnieć — dwa powiększone roczniki ówczesnych trzecio- i czwartoklasistów.

W czerwcu 2022 roku, kiedy pierwszy z owych roczników kończył właśnie ósmą klasę i wybierał się do liceum, Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło kolejne rozporządzenie, które zatrzęsło starym porządkiem – reformę matury. Okres przystosowania się do nowych wymagań był zadziwiająco (choć może po dwunastu latach publicznej edukacji powinniśmy przestać się już czemukolwiek dziwić) krótki, miały one bowiem obowiązywać już rocznik 2022/23, czyli ten, który dwa i pół miesiąca po ogłoszeniu reformy rozpoczynał klasę maturalną.

Nauka w trzyletnim publicznym liceum, miała to do siebie, że od pierwszego dzwonka na każdym przedmiocie maturalnym piłowało się materiał do egzaminu. Nie oznacza to oczywiście, że tematem lekcji było tylko to – na ośmiu godzinach rozszerzonego polskiego w tygodniu można zrobić sporo ponad program – ale wszystkie klasówki, wszystkie rozprawki, eseje i zadania z matematyki, były dostosowane do tych pojawiających się na arkuszach maturalnych oraz w ten sam sposób oceniane. Samo rozwiązywanie arkuszy było zresztą umiejętnością, którą należało nabyć; zwłaszcza w przypadku historii i WOS-u, gdzie to, o co prosiło polecenie, rzadko pokrywało się w oczywisty sposób z oficjalnym kluczem odpowiedzi. „Kryteria oceny wypowiedzi argumentacyjnej” na maturze z polskiego stanowiły zaś tabelę ośmiu warunkowo od siebie zależnych kategorii. Zmiana wymagań maturalnych na rok przed samym egzaminem w gruncie rzeczy oznaczała, że niemała część tego, co przez poprzednie dwadzieścia cztery miesiące uczniowie trenowali i wbijali sobie do głowy, była w sumie stratą czasu.

Nie wspominam już nawet o pandemii; wszyscy musieliśmy przejść ją mężnie i przez półtora roku lockdownu każdy stracił jakiś wycinek swojego życia. Mimo to nie da się zaprzeczyć negatywnemu wpływowi, jaki nauka online, a przede wszystkim izolacja od rówieśników, miała wpływ na uczniów. Pojawienie się i planowane zniknięcie HiT-u (którego żywotność dorównywa chyba reformie sześciolatków) również jest tylko zmarszczką na tafli oceanu. To, że rewelacje Ministerstwa Edukacji Narodowej są politycznym przeciąganiem liny pomiędzy jednym obozem a drugim, wiadomo było jeszcze przed zmianą rządu w 2015 roku. 

To deterministyczne podejście nie zmienia oczywiście faktu, że feralne roczniki ‘08 i ‘09 czeka czwarta chwalebna rewolucja w systemie edukacji w ciągu dekady.

Pokoloruj drwala i pójdź do wyborów

Ban na prace domowe ma u swoich podstaw dość trafną (choć sformułowaną może zbyt hiperbolicznie) diagnozę: uczniom do domu zadawane jest tyle, że po powrocie ze szkoły nie mają czasu na nic innego poza odrabianiem lekcji. Celowo nie mówię tu o nauce, a o odrabianiu, ponieważ nowo wprowadzony zakaz obejmuje tylko szkołę podstawową, a tam zdecydowanie mniej jest klasówek, lektur i nauki do testów.

Paradoksalnie, najbardziej traumatycznie ja sama oraz osoby, z którymi o tym rozmawiałam, wspominamy pierwsze lata podstawówki, kiedy prace domowe obejmowały powolne kreślenie liter (koniecznie równo!) w linijkach, przepisywanie całych czytanek z podręcznika, matematyczne kolorowanki i strony ćwiczeń z ortografii. Kiedy jako dziecko wracało się ze szkoły po szesnastej, a do łóżka szło o dziewiątej wieczorem, pomiędzy posiłkami niewiele pozostawało czasu na cokolwiek, jeśli praca domowa – nawet najprostsze zadanka z matematyki – potrafiła zajmować dwie-trzy godziny. W tym znaczeniu odciążenie uczniów, którzy w samej szkole spędzają czasami dziewięć godzin, ma sens.

Ale trudno mi jest patrzeć na ową mini-reformę inaczej niż jako na preludium tej o wiele większej, zapowiedzianej już przez szefową MEN – a mianowicie wspomnianego we wstępie „odchudzenia” podstawy programowej. W tym przypadku argumentami wiodącymi są arbitralne stwierdzenie, że materiału oraz lektur szkolnych jest „za dużo”(choć kto i na jakiej podstawie miałby to oceniać, nie jest wyjaśnione) oraz już bardziej mierzalny fakt, że na wielu przedmiotach rzadko udaje się przerobić w ciągu roku szkolnego cały podręcznik. Na ów drugi problem moją pierwszą propozycją byłoby zwiększenie liczby godzin przedmiotu lub efektywności wykorzystywania godzin już przydzielonych, ale rozwiązania te są albo kosztowne, albo zwyczajnie niemożliwe.

Rodzice, nauczyciele, media, organizacje rządowe i pozarządowe biją na alarm z powodu obniżania się poziomu edukacji w szkołach od tak dawana, że wszyscy już oswoiliśmy się z tym hasłem. Finansowanie szkolnictwa jest w jakimkolwiek ekonomicznym sensie opłacalne w perspektywie pokolenia, nie kadencji; inwestycja w osoby, które dopiero zaczynają podstawówkę, zwróci się za dwadzieścia lat, kiedy skończą one studia, przekroczą 26. rok życia i zaczną płacić podatki. A ponieważ lepiej wykształcone osoby mają statystycznie większą szansę na lepszą pracę (a więc i na odprowadzanie wyższych podatków oraz większy udział w zasilaniu gospodarki kraju), w ogólnym rozrachunku inwestowanie w szkolnictwo się opłaca – nie mówiąc już o wszystkich niematerialnych aspektach takich jak kultura, podtrzymywanie dziedzictwa narodowego itd. Ale efektów owych inwestycji nie zobaczy rząd, które je przeprowadził. A jeżeli reforma sześciolatków oraz HiT-afera są jakąkolwiek przesłanką, to stwierdzić można, że w Polsce podstawową jednostką czasu w edukacji jest kadencja. To największy błąd.

Skutki zredukowane, skutki niezamierzone

Nie podlega dyskusji, że system edukacji wymaga reformy, i to być może takiej, która powinna spalić go do gołej ziemi, zaorać i wybudować na nowo. Przeciążenie pracami domowymi czy brak czasu na skończenie podręcznika to tylko symptomy wielu głębszych i bardzo skomplikowanych problemów, często wzajemnie od siebie zależnych, które nie znikną, jeśli sztucznie zredukujemy tylko niektóre ich skutki. Odkrojenie spleśniałego kawałka nie sprawi, że cały owoc przestanie być zepsuty.

Oczywiście żaden z rządów – czy byłby to PiS, czy PO, czy jakakolwiek alternatywa – nie chce być tym, który rozpocznie rewolucję, bo przeciwnicy polityczni od razu rzucą się na niego z pazurami i o reelekcji będzie można zapomnieć; nie mówiąc już o braku gwarancji, że następcy nie odwrócą wszystkich reform dokonanych przez poprzedników, co stanowi zresztą precedens. Jednocześnie temat jest jednak na tyle nośny, że aż kusi się za niego nie zabrać.

„Naprawienie systemu edukacji” to prześliczne hasło, z którym mało kto się nie zgodzi, a konkrety co do tego, jak ów proces naprawczy będzie miał wyglądać… o to będziemy martwić się już po wyborach.

Kręcimy się w kółko

Mam wrażenie, że z każdą kolejną reformą kręcimy się w kółko. Przekształcamy i nowelizujemy wymagania maturalne, ale żadna z tych zmian nie ma wpływu na szerszy i trwający od dawna problem: szkoła podstawowa i średnia stały się kursami przygotowania do egzaminu (ósmoklasisty lub maturalnego), od którego wyników zależy nie tylko przyszłość uczniów, ale przede wszystkim rankingi, ocena i „prestiż” samej placówki. Dopisujemy i usuwamy książki z listy lektur, ale nadal żadna z nich nie jest młodsza niż ćwierć wieku. Kroimy program na mniejsze lub większe kawałki, ale uczniowie i tak muszą nadrabiać w domu to, czego teoretycznie powinni nauczyć się na lekcji; korepetycje z matematyki i polskiego oraz dodatkowe zajęcia z angielskiego powoli stają się standardem. Bardziej, hm, współczesne tematy – jak pogodzić pamięciowo-testowy system edukacji z powszechną dostępnością internetu i wiedzy, jak zwiększać świadomość dotyczącą rozsądnego i bezpiecznego korzystania z nowych technologii, jak uczyć wyszukiwania prawdziwych i rzetelnych informacji w świecie pełnym fake newsów – nie są nawet podnoszone.

Jeżeli więc nowa dieta odchudzająca dla podstawy programowej rzeczywiście zostanie wprowadzona, zwiększy ona nie poziom edukacji, a rozwarstwienie społeczne. Lepiej sytuowani rodzice, będący w stanie zainwestować więcej środków w wykształcenie swoich dzieci, zwrócą się ku instytucjom prywatnym, natomiast osoby z biedniejszych domów pozostaną w szkołach publicznych, których poziom systematycznie będzie spadał. Nauczyciele, których już przecież brakuje – w warszawskim liceum znalezienie nauczyciela na zastępstwo potrafi zająć kilka miesięcy – będą przenosić się masowo do lepiej płatnych placówek prywatnych, podobnie jak dzieje się już w służbie zdrowia. I jak zawsze, tak czy inaczej, cenę poniosą głównie uczniowie. I nasza wspólna przyszłość.

Joanna Talarczyk

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się