Jelcyn Wałęsa

Zbyt często popełnialiśmy błąd mówiąc: „Moskwa najpierw”

Jelcyn nie był wcale politykiem naiwnym czy nieodpowiedzialnym w odniesieniu do interesów państwa rosyjskiego, jak czasem postrzegają go sami Rosjanie czy czasem postrzega się go także w Polsce. Jak najbardziej chciał utrzymać linię zależności Polski od Rosji.

Od 29 grudnia 1989 roku, to jest przegłosowania przez Sejm powrotu do nazwy państwa polskiego Rzeczpospolita Polska i przywrócenia godła w postaci Orła w koronie, datujemy początek III Rzeczypospolitej. Jeszcze przez dwa lata miała istnieć obok Związku Sowieckiego, z którego w tym burzliwym czasie wyłaniały się kolejne państwa narodowe – poczynając od Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy. Decydujący cios imperium zadała jednak swoista secesja centrum, czyli samej Rosji pod wodzą Borysa Jelcyna, po nieudanym puczu z sierpnia 1991 roku, przeprowadzonym przez obrońców starej struktury komunistycznej władzy w ZSRS. Formalnie Związek Sowiecki został rozwiązany 26 grudnia 1991 roku. Było to bezpośrednim wynikiem decyzji podjętej na spotkaniu 8 grudnia w Wiskulach, w Puszczy Białowieskiej. Podjęli ją przywódcy Ukrainy i Białorusi, Leonid Krawczuk i Stanisław Szuszkiewicz, wspólnie z prezydentem Rosji Borysem Jelcynem. W miejsce ZSRS powoływali Wspólnotę Niepodległych Państw. Rozpad imperium czy odgórna transformacja?

Na progu 1992 roku nie było już formalnie imperium. Naszymi wschodnimi sąsiadami były Litwa, Białoruś i Ukraina (oraz Rosja – przez obwód kaliningradzki). Pojawiła się wtedy kwestia gry w wielokącie: Polska – Rosja oraz LBU. Ta strategiczna gra towarzyszy nam po dzień dzisiejszy. Łatwiej jest oczywiście grać o przyszłość Polski w takim układzie, niż mieć za wschodnią granicą potężne, zjednoczone imperium, które swojego małego zachodniego sąsiada nieuchronnie skazuje na rolę marchii zachodniej, zachodniego przyczółka, jak to już kilkakrotnie w historii bywało.

W 1992 roku u władzy w Kijowie okrzepł już wywodzący się z nomenklatury sowieckiej prezydent Leonid Krawczuk. W autentycznej walce o przejęcie suwerennej kontroli nad naprawdę dużym krajem, jakim przecież była licząca wtedy blisko 52 mln mieszkańców (dziś ma ich 37 mln) i dysponująca bronią nuklearną Ukraina, Krawczuk chciał pozyskać Polskę jako sojusznika, jako wsparcie. Zamajaczyła szansa zawarcia układu z krajem, który nie tylko dysponował bronią nuklearną, ale i możliwością jej wytwarzania, i dopiero pod presją Zachodu negocjował rezygnację z atomu. Wydarzenia lat 1992–1993 okazały się kluczowe i w pewnym sensie odzwierciedlają schemat w stosunkach Polski z jej wschodnimi sąsiadami po dzień dzisiejszy. By je rozumieć, trzeba w tym miejscu przypomnieć jednak, co działo się nieco wcześniej w tym wschodnioeuropejskim wielokącie.

Ministrem spraw zagranicznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego był prof. Krzysztof Skubiszewski, autor koncepcji tzw. polityki dwutorowej. Z jednej strony miała ona prowadzić do utrzymania jak najlepszych stosunków z moskiewską centralą istniejącego jeszcze w 1991 roku Związku Sowieckiego, a z drugiej – delikatnie dawać do zrozumienia, że nie mamy nic przeciwko przekształcaniu się Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii w kraje coraz bardziej niezależne. Punktem krytycznym była tu wojskowa interwencja moskiewskiej centrali imperium w styczniu 1991 roku w Wilnie, która miała zdławić dążenia niepodległościowe Litwy. Państwo polskie zachowało się wobec niej w sposób bardzo wstrzemięźliwy, nazwijmy to najdelikatniej, zupełnie inaczej niż olbrzymia część polskiego społeczeństwa, które ruszyło z rozmaitymi akcjami pomocowymi dla zagrożonych Litwinów. Kiedy nieco później Ukraina zadeklarowała swoją niepodległość, wtedy nowy już premier, Jan Krzysztof Bielecki, szybko zdecydował się ją uznać. Ta trafna decyzja łamała ostrożną zasadę Krzysztofa Skubiszewskiego, by być zawsze o krok, dwa za państwami zachodnimi w deklarowaniu własnej polityki wobec naszych wschodnich sąsiadów.

Zasadnicze rozstrzygnięcia zapadły jednak w latach 1992–1993. W maju 1992 roku Leonid Krawczuk, goszcząc w Warszawie, zaproponował Lechowi Wałęsie układ, w którym obydwa kraje zadeklarowałyby, że będą ze sobą w lepszych stosunkach niż z jakimkolwiek innym krajem z dawnego obszaru Związku Sowieckiego, czyli ówczesnej Wspólnoty Niepodległych Państw. Zadeklarowanie tego i pójście dalej w kierunku współpracy militarnej oraz bliższej współpracy gospodarczej, zwłaszcza energetycznej między Polską a Ukrainą – w oczywisty sposób osłabiłoby możliwość odnowienia uścisku imperialnego posowieckiej Rosji nad całą Europą Wschodnią. Dwa dni po wyjeździe Krawczuka prezydent Lech Wałęsa pojechał jednak do Moskwy. Dokonał jednoznacznego wyboru, zgodnego z logiką owego „realizmu”, który wcześniej reprezentował premier Mazowiecki czy Adam Michnik. Ten ostatni sam dosadnie wyraził sens owej logiki: „trzeba rozmawiać z panami, a nie z lokajami”.

O ile jednak w 1989 czy 1990 roku, kiedy istniał jeszcze Związek Sowiecki i cała jego groźna potęga, ta postawa, nakazująca próby porozumiewania się z Moskwą – ponad głowami jej namiestników z PZPR – była w jakimś stopniu uzasadniona, o tyle w 1992 roku i później była odzwierciedleniem kalkulacji fatalnej dla Polski i dla wolności: trzeba dogadywać się z silniejszym, nawet na jego warunkach, nawet jeśli może to być długofalowo szkodliwe, a nie tworzyć koalicję swoistej samoobrony czy solidarności słabszych i zagrożonych. Była to pierwsza realizacja zwrotu, jaki powtórzy w styczniu 2008 roku i utrzyma, niemal za wszelką cenę, do początku 2014 roku rząd Donalda Tuska, streszczającego się prostym hasłem w polityce wschodniej: „Moskwa najpierw”.

Znów jednak trzeba przyznać, że Lech Wałęsa, dokonując tego wyboru w maju 1992 roku, w odróżnieniu od decyzji Tuska z 2008 roku, mógł coś w zamian wygrać, nie tylko dla siebie, ale dla Polski. Konkretnie: wycofanie z Polski wojsk sowieckich (nazywających się już rosyjskimi), bo one wciąż u nas pozostawały jeszcze. Zasada polityki rosyjskiej pozostawała niezmienna, niezależnie od wcielenia Rosji: cesarskiego, sowieckiego czy republikańskiego. Zasada ta brzmi: nie rezygnować z żadnego atutu, nie oddawać za darmo niczego, jeśli można zatrzymać wszystko. Żadne kwestie moralne czy humanitarne nie mogą stać na przeszkodzie. Tak Rosja rozgrywała również sprawę obecności swego wojska na polskim terytorium, przewlekając negocjacje o jego wycofaniu i nie spiesząc się z podjęciem decyzji.

Nowy rząd i przede wszystkim sprawujący już wtedy władzę prezydent Wałęsa rozgrywał tę sprawę inaczej niż wcześniej premier Mazowiecki. Nalegając na wycofanie wojsk sowieckich, zgodził się jednocześnie na rosyjską propozycję tworzenia na przekazywanych Polsce obszarach po sowieckich bazach spółek mieszanych, które miały gospodarować pozostawionym przez wojsko majątkiem. Nie zgodził się na zawarcie tego punktu w umowie polsko-rosyjskiej nowy rząd premiera Jana Olszewskiego, gdyż groziło to utrwaleniem rosyjskiego wpływu już nie bezpośrednio militarnego, ale korumpującego nowe, tworzące się elity gospodarcze Polski. Groziło to uwikłaniem jej w interesy z postmilitarną nomenklaturą rosyjską. To był na pewno moment drażliwy, krytyczny, pokazujący sposób gry ze strony rosyjskiej: gry na podział w obozie przeciwnika (a Polska wciąż na Kremlu, nawet w owym czasie, była tak traktowana).

Drugi aspekt tej gry Rosja także ujawniła od razu, a był on związany z wykorzystaniem eksportu nośników energii, przede wszystkim gazu, jako narzędzia politycznego wpływu, a nawet szantażu. Wtedy właśnie zaoferowano możliwość zbudowania gazociągu jamalskiego, przeprowadzonego od źródeł wydobycia gazu w zachodniej Syberii poprzez Białoruś i Polskę, żeby ominąć Ukrainę i Litwę. Chodziło o odizolowanie Polski od Litwy i Ukrainy w zamian za konkretną korzyść finansową – taki był cel strategiczny Rosji. Jelcyn obiecywał, że zbudowany w ten sposób gazociąg przyniesie konkretne wpływy finansowe stronie polskiej, która będzie pobierała opłaty przesyłowe za miliardy metrów sześciennych gazu, które przez Polskę, a nie przez Ukrainę czy Białoruś, będą tłoczone na Zachód, do Niemiec. Najważniejszym celem, który w tym momencie osiągnęła Rosja, było zniszczenie projektu Rzeczypospolitej, którego wciąż bardzo się obawiano w Moskwie. Widmo odnowienia wspólnoty politycznej czy bodaj sojuszu krajów, które niegdyś składały się na Rzeczpospolitą, to jest Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi, wciąż straszyło w korytarzach rosyjskiej władzy. Chodziło zatem przede wszystkim o odizolowanie Polski od Ukrainy, przerwanie rodzącej się nieśmiało, budowanej dopiero współpracy na linii Warszawa-Kijów. Wałęsa wybrał grę z Rosją.

Uczynił tak również z powodów pragmatycznych, związanych z naciskami Zachodu, który pragnął właśnie, żeby Polska grała z Rosją, a nie z Ukrainą. To Moskwa, a nie nowo powstałe państwa, choćby o wielusetletniej tradycji własnej państwowości, była w oczach amerykańskiego Departamentu Stanu i w oczach dużej części polityków zachodnioeuropejskich gwarantem stabilności w całej Europie Wschodniej. Jeśli chcecie zbliżyć się do Zachodu – dawano Polsce naukę – musicie w pierwszej kolejności porozumieć się z Rosją. I Lech Wałęsa tę lekcję przyjmował. Nie poszedł drogą Józefa Piłsudskiego, chociaż pamiętam, że na początku 1991 roku, kiedy odwiedzał Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku (akurat pracowałem tam nad monografią polityki wschodniej Piłsudskiego), pozował wtedy jak mógł na Marszałka, ale niestety – tylko z fryzury i wąsów. Nie miał tej odwagi, żeby wbrew naciskom najsilniejszych tego świata spróbować przeorganizować przestrzeń geopolityczną naszego regionu. Nie militarnie, ale energicznymi ruchami politycznymi i decyzjami geoekonomicznymi, które pozwoliłyby na większe pole manewru, większą przestrzeń wolności dla Polski i jej wschodnich sąsiadów.

Wałęsa zaakceptował tę grę, którą narzucali najsilniejsi w sytuacji, gdy przede wszystkim rząd Jana Olszewskiego (1930–2019) oraz coraz liczniejsze kręgi polskiej opinii publicznej mówiły o konieczności wejścia Polski do Paktu Północnoatlantyckiego. Szczególnie optowały za tym koła niepodległościowe związane dawniej z Polskim Porozumieniem Niepodległościowym.

Jasne stało się, że aby wejść do Paktu Północnoatlantyckiego, trzeba przełamać opór Rosji. Na tym Lech Wałęsa się skoncentrował i uzyskał, być może nieopatrznie wyrażoną, zgodę prezydenta Jelcyna na wejście Polski do NATO. Stało się to podczas wizyty Jelcyna w sierpniu 1993 roku w Warszawie. Ówczesny minister spraw zagranicznych Rosji Andriej Kozyriew szybko to oczywiście dementował, że Jelcyn nie to miał na myśli, że może trochę się przejęzyczył, a może, delikatnie sugerowano, za dużo w czasie tej wizyty w Warszawie wypił. Tak czy inaczej można już było pokazać Zachodowi, że Borys Jelcyn przez chwilę przynajmniej mrugnął okiem i powiedział: „Możecie ich wpuszczać”.

Jelcyn nie był wcale politykiem naiwnym czy nieodpowiedzialnym w odniesieniu do interesów państwa rosyjskiego, jak czasem postrzegają go sami Rosjanie czy czasem postrzega się go także w Polsce. Jak najbardziej chciał utrzymać linię zależności Polski od Rosji. Był zwolennikiem wprowadzenia w Polsce – a w zasadzie w całej Europie Wschodniej – tzw. paktu Balladura. Édouard Balladur (ur. 1929), wpływowy w tamtym czasie premier Francji, zgłosił 9 czerwca 1993 roku propozycję zawarcia między krajami Europy Zachodniej i Federacją Rosyjską układu, nazwanego Paktem Bezpieczeństwa i Stabilizacji w Europie. Na jego mocy Rosja gwarantowałaby obowiązywanie praw mniejszości we wszystkich krajach naszej części Europy. To Rosja miała być dla Europy Zachodniej stroną tego układu, miała odpowiadać za ochronę mniejszości w całym naszym regionie. To oczywiście dawałoby Moskwie niemal nieograniczone możliwości ingerencji w sprawy wewnętrzne jej niedawnych sowieckich „kolonii”. Tak jak niegdyś traktat Grzymułtowskiego dawał jej takie prawo w imię ochrony mniejszości prawosławnych w Rzeczypospolitej czy późniejsze traktaty z Turcją – analogicznie na obszarze imperium osmańskiego. Istotą tej gry było wciągnięcie do niej mocarstw Europy Zachodniej. Oddzielić je od Ameryki i zaprosić do wspólnej kontroli nad środkową częścią kontynentu, wschodnią oczywiście pozostawiając Moskwie jako „naturalną strefę odpowiedzialności”.

Wówczas wydawało się to w odniesieniu do Polski mało groźne; rozumowano, że chodzić może o takie mniejszości, jak np. Kaszubi, bez żadnych aspiracji separatystycznych (o takich ambicjach ze strony ruchu śląskiego jeszcze mało wtedy słyszano). Mniejszości seksualne nie były jeszcze głównym tematem europejskiej polityki. W przypadku jednak innych narodów, np. na Litwie, Białorusi, Ukrainie, na Łotwie – Rosja mogłaby występować w roli arbitra i zarazem egzekutora praw własnej mniejszości, czyli licznych Rosjan, jacy zostali do tych krajów skierowani w czasie podbojów Stalina w roli ich kolonizatorów.

Na szczęście Jelcyn był wtedy zbyt słaby, zaangażowany w trwającą wciąż walkę wewnętrzną z własnym, komunistycznym parlamentem.

Europa Zachodnia nie była zjednoczona, ambicje Francji jako głównego partnera Rosji, żywione od czasów de Gaulle’a, a właściwie od epoki Napoleona III, nie budziły entuzjazmu Niemiec, które oczywiście same aspirowały do takiej roli. Stany Zjednoczone także nie wyrażały bezpośrednio poparcia dla tego wyprzedzającego swój czas francuskiego projektu oddania Europy Wschodniej pod kontrolę Rosji. Plan Balladura nie wszedł zatem w życie.

Fragment książki: Polska i Rosja. Sąsiedztwo wolności i despotyzmu X-XXI w., wyd. Biały Kruk, 2022 r. [LINK]

Zdjęcie autora: Prof. Andrzej NOWAK

Prof. Andrzej NOWAK

Historyk, sowietolog, członek Narodowej Rady Rozwoju. Wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. Profesor zwyczajny w Instytucie Historii PAN. Laureat Nagrody im. Lecha Kaczyńskiego, Kawaler Orderu Orła Białego.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się