polska polityka
Fot. Jakub PORZYCKI / Anadolu

Żenująca Polska. Co się dzieje z naszą polityką?

W krajach ze stabilnym systemem politycznym wybory parlamentarne nie wprowadzają głębokich zmian. Powodują wymianę rządu, wprowadzają na scenę polityczną nowe pokolenie polityków, czasami oddają władzę partii, która była dotąd w opozycji, a czasem utrzymują przy władzy poprzednia ekipę rządzącą. Wiadomo, że bez względu na to, kto będzie rządzić, nie ma to większego znaczenia dla życia obywateli, bo bez względu na to, kto to będzie, wprowadzone zmiany nie spowodują perturbacji w życiu codziennym.

Szczęśliwy kraj nie musi myśleć o polityce

Nie ma w szczęśliwym kraju festiwalów zwycięstwa i nie ma marszów protestacyjnych na ulicach. Celem nadrzędnym polityki jest utrzymanie ładu, porządku i spokoju. Wybory nie wywołują zamętu, bo niewiele zmieniają – wszystko, co najważniejsze, pozostaje po staremu. W Polsce jednak każdorazowe wybory to nowy etap w niewygasającej „wojnie polsko-polskiej”.

W ostatnich latach mieliśmy więc przede wszystkim, trzy rządy Mateusza Morawieckiego, wcześniej trzy rządy Donalda Tuska. Po drodze były jeszcze inne ekipy rządzące, może mniej zainteresowane „wojną polsko-polską”. Ale nawet do konfliktu PO-PIS można by się było łatwiej przyzwyczaić, gdyby miał on tendencję do samo-wygaszania. Ale jest odwrotnie. Konflikty, które powstawały podczas kolejnych rządów premierów Morawieckiego i Tuska były coraz silniejsze i budziły coraz większe rozczarowanie. Dlaczego? Czy ich inspiratorzy są zwolennikami ustrojowego zamętu i permanentnej rewolucji? Chyba nie, ale nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Nikt nie potrafi też zrozumieć tego nienasyconego gniewu, który napędza polską politykę. Każdy kolejny rząd chce koniecznie wywołać historyczną przemianę i to pragnienie jest chyba nieszczęsną pozostałością po podziemnej walce komunizmu z anty-komunizmem. Zwycięzca próbuje zorganizować cały kraj na własną modłę, czyli koniecznie bez wyraźnego programu i bez jasnych zasad rekonstrukcji. Liczy się tylko wygrana i dzięki niej, rzekomo, wszystko ma iść ku dobremu. Od góry do dołu wymienia się tysiące urzędników, zmienia programy szkolne, reorganizuje prasę, radio i telewizję, wprowadza nowe przepisy drogowe, próbuje opowiadać historię na nowo. W ten sposób rozkręca się ogłupiającą propagandę, dopuszcza do władzy nawiedzonych konferansjerów i organizuje publiczne „sesje nienawiści”, jak u Orwella. Bez celu, bez trwałych zasad, kłótliwie i niepoważnie.

Czy ciągle nie widzimy, że to jest żenujące widowisko? Na pierwszym posiedzeniu po wyborach, podczas debaty w Sejmie, przywódca jednej z konkurujących partii zarzucił szefowi drugiej, że do zdobycia zwycięstwa posłużył się odrażającym prowokatorem – na co zwrócił mu uwagę nieżyjący już brat tego przeciwnika politycznego. Na ten atak zagadnięty przywódca strony przegrywającej w wyborach odpowiedział, że oskarżyciel jest agentem obcego kraju. Te retoryczne popisy były transmitowane przez telewizję, budziły niesmak i przygnębienie. Czy na pewno wybory polityczne w Polsce muszą być napędzane taką wzajemną odrazą i mściwością? Czy tak tylko może ujawniać się troska o przyszłość kraju i zamiar skutecznego rozwiązania jego realnych problemów?

Po scenach wstępnego zacietrzewienia przedstawiono nam wodewil z dwoma mężami stanu występującymi w podwójnej roli: posła na Sejm i skazańca. Zrobiono tak, ponieważ kilka lat temu obu tym osobom postawiono szerzej nieznane zarzuty związane z szerzej nieznaną aferą gruntową. Sąd uznał winę oskarżonych i postanowił ich skazać. Zanim jednak zdążył to zrobić, Prezydent ich obu uniewinnił i sprawa zawisła w powietrzu. Odezwały się rozmaite protesty: „Sąd jest tendencyjny”, „Prezydent łamie procedury”, „Nie wolno okazywać łaski przed ogłoszeniem wyroku”, itd. Ale właściwie, dlaczego nie wolno ogłosić aktu łaski przed wyrokiem? Kto Prezydentowi zabrania? Gdybym miał zaprzyjaźnionego prawnika, którego gorszyłoby postępowanie Prezydenta, to zapewne usłyszałbym, że zarówno z punktu widzenia logiki, jak i z punktu widzenia prawa, ta sprawa jest bardzo ważna, bo Prezydent skorzystał z prawa łaski w nieodpowiednim momencie: „Jeśli ułaskawił przed ogłoszeniem wyroku, to złamał prawo i ośmieszył logikę. A logika i prawo mówią jednym głosem — łaskę można okazać tylko winnemu. Dopóki ktoś nie został prawomocnie skazany, to musi być uznawany za niewinnego, a niewinnemu nie można okazać łaski”. Domniemanie niewinności istnieje, ale chyba nie w Polsce.

Temu zaprzyjaźnionemu prawnikowi odpowiedziałbym: „Twój argument jest może pomysłowy, ale błędny. Nie ma oparcia w logice i źle opisuje fakty prawne. Logika idzie za Biblią: „Niech mowa wasza będzie prosta: tak, tak; nie, nie; co więcej jest, od Złego jest”.

Jednak lekceważenie wymagań logicznych to typowa strategia w „wojnie polsko-polskiej”. Warto więc dostrzec, że ona nie tylko mąci w głowie, ale wywołuje nierozwiązywalny mętlik ustrojowy i cierpimy na tym wszyscy.

Teraz zatem o mąceniu. Warto pamiętać, czym interesuje się prawo. Prawo może ustalać, że pewne czynności muszą być wykonane w określonym czasie. Na przykład wskazane zobowiązania finansowe muszą być opłacone do końca roku kalendarzowego. Ale to nie prawo rozstrzyga, kiedy przypada koniec roku. O tym decydują prawa ustalane w astronomii, a nie parlament. Parlament może co najwyżej potwierdzić, że prawa astronomii będą przestrzegane przy ustalaniu daty. Ale to, czy dzisiaj jest piątek, czy sobota, nie jest ustalane przez prawo.

Idąc tym tokiem myśli, mamy prawo powiedzieć, że ogłoszenie decyzji prezydenta może być spóźnione lub przedwczesne. Ale to tylko znaczy, że w jakimś innym czasie taka decyzja ma swe właściwe zastosowanie, ale wcale nie znaczy, że w pozostałym czasie jest ona po prostu nieważna. Jeśli dwaj panowie zatrzymani na mocy wyroku w sprawie afery gruntowej usłyszą, jaki jest powód ich zatrzymania, i jeśli Prezydent zada sobie trud ponownego wysłania dokumentu ogłaszającego akt łaski z nową datą, to nie będzie to nowy akt łaski, tylko egzekwowanie już ogłoszonego aktu łaski pod nową datą. Czy wpadnie wtedy komuś do głowy, by oskarżać Prezydenta o auto-plagiat? Bądźmy rozsądni.

Warto pamiętać, że instytucje prawa nie powołują do istnienia faktów pozaprawnych. Nie chronią kalendarza, nie wspomagają właściwych decyzji w fizyce i w medycynie, nawet nie przewidują, co w sądzie zrobi sprawca inkryminowanego czynu, oskarżyciel i obrońca. Ustalają natomiast, że pewne zobowiązania stają się od pewnego momentu wiążące, inne przestają być ważne, a jeszcze inne były od początku nieważne. Czyli prawo ustala ważność rozmaitych dokumentów, ale nie określa zasad życia we wspólnocie i nie z prawa wynika charakter ustroju politycznego. Niezrozumienie tego aspektu prawa stanowi jedną z przyczyn niewygasającej „wojny polsko-polskiej”. To jest szkodliwa i niepotrzebna ignorancja.

W Polsce każdy, kto chce, może chodzić w podkoszulku z napisem „KoN-StY-TuC-Ja”, a nawet „Konstytucja=Prostytucja”. Na razie nie zostanie zatrzymany za obrazę moralności lub za podważanie ustroju. To dobrze. Ale byłoby lepiej, gdybyśmy wreszcie ustalili, jaki mamy ustrój, a dopiero później przystępowali do bronienia go z zapamiętaniem. Tymczasem ze ścisłym ustaleniem charakteru przyjętego ustroju w państwie mają dziś kłopoty liczne kraje kontynentalne i anglosaskie.

My nawet nie wiemy, czy żyjemy (1) w ustroju republikańskim, czyli zdefiniowanym przez zakres uprawnień poszczególnych władz państwowych (zapewne trzech: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza), czy (2) żyjemy w ustroju umiarkowanie autorytarnym, opartym na zasadzie, że pewne decyzje mają charakter ostateczny, gdy wiadomo, że podjęte zostały przez instytucje zamykające wszelkie spory interpretacyjne, zatem takie, od których orzeczeń nie ma już żadnego odwołania (co w oczywiście w Polsce jest utopią z powodu wojny między „neosędziami” i „paleosędziami”). czy (3) żyjemy pod rządami ustroju liberalnej demokracji, w której wszystko, co ostatecznie służy wolności i równości jest najwyższym prawem.

To ostatnie rozwiązanie szczególnie kocha młodzież, ale to nie jest szczególnie obiecująca rekomendacja.

Do sedna: obecnie nie ma pilniejszej sprawy w polityce niż rozwiązanie tego galimatiasu. Co więcej, tolerowanie oczywistych niejasności to trudne do odrobienie psucie państwa. Podobnie jak szykanowanie Prezydenta przez zaparkowanie autobusem wyjazdu z pałacu, w którym się znajdował, ponieważ w tym właśnie miejscu pojazd rzekomo się zepsuł w chwili, gdy Prezydent chciał wyjechać, by interweniować w sprawie zatrzymania przez policję obu panów, o których wszyscy wiedzą, że chroni ich immunitet nadany przez Prezydenta. Ten przypadkowo unieruchomiony pojazd cudownie się naprawił, gdy tylko kierowca Prezydenta wyjechał po chodniku objeżdżając unieruchomiony wrak.

Co tu jest faktem politycznym, a co jest faktem nie interesującym prawa? Jak wiemy, w realnym świecie zachodzą rozmaite stany, ale dla prawa ważne są tylko te spośród nich, o których prawo może zdecydować, czy są dopuszczalne, czy nie. W szczególności prawo nie interesuje się tym, kiedy Prezydent ogłasza akt łaski. Prezydent może go wydać, kiedy to uzna za stosowne. Jest wprost logicznie niemożliwe, by akt łaski był wydany „za wcześnie” w sensie prawnym, bo to nic nie znaczy. Taki akt prawny nie może zacząć działać wcześniej niż zajdzie sytuacja, do której odnosi się jego treść, ale to nie znaczy, że nie wolno go wcześniej formułować i ogłosić. To prawda, że taki rzekomo „przedwcześnie” ogłoszony dokument nie działa wcześniej niż jest przewidziane przez jego treść, ale zanim zacznie działać nie jest w żadnym razie nieważny. Jest ważny, tylko odnosi się do przyszłego faktu, a nie do aktualnych wydarzeń. Podobnie jak prognoza pogody. Przed ogłoszeniem wyroku sądowego dokument nie miał zastosowania, ale z tego powodu ani nie stał się nieważny, ani nie był wcześniej błędny. Swoją wolę Prezydent może wyrażać, kiedy zechce. Pośpiech ujawniony we wczesnej publikacji, może istotnie był nieco niestosowny, ale nie unieważnia treści dokumentu i ani czyni jej bezprzedmiotową. Powinniśmy pamiętać, że akt łaski wiąże się z okazaniem wyrozumiałości. To nie jest ani uniewinnienie, ani usprawiedliwienie czyjegoś postępowania! Jeśli ktoś twierdzi, że taki akt nie może działać w przód, to równie dobrze mógłby twierdzić, że rehabilitacja nie może działać wstecz, bo odnosi się do czynów, które już przeminęły. To są jakieś ad hoc podawane sformułowana. Absurdalna koncepcja prawa. Akt łaski wyraża wolę Prezydenta i jej próba podważania przez użycie cytatu z kalendarza jedynie źle świadczy o wyobrażeniach prawnych cytującego.

Przy okazji jeszcze przypomnę, że Prezydenta nie wolno wzywać do usprawiedliwienia swojej decyzji dotyczącej aktu łaski. Jest to decyzja autonomiczna i jej motywy powinny pozostać tajne, ponieważ każdy akt łaski jest wyjątkowy i nie może służyć do formułowania uogólnień nakładających na prezydenta obowiązek ułaskawiania każdego, kto by postępował w sposób podobny do działań ułaskawionego. Można protestować przeciw istnieniu takiej prerogatywy prezydenta – choćby biorąc udział w marszu po ulicach – ale nie wolno utrudniać Prezydentowi wypełniania jego prerogatyw. To takie utrudnianie jest niezgodne z prawem, a nie wydanie aktu łaski przed ogłoszeniem wyroku. Kto więc utrudnia stosowanie prawa łaski lub domaga się od Prezydenta konsekwencji w stosowaniu aktów łaski, po prostu podważa istniejące prawo i nie powinien udawać, że robi coś innego.

Z logiką nie ma dyskusji

Oczywiście można zlikwidować ten przywilej, ale to jest równoważne z podważaniem istniejącego ustroju. Pamiętajmy, że nawet Prezydent Bolesław Bierut stosował akty łaski, i nikomu wtedy (dzięki Bogu) nie przychodziło do głowy protestować, że działa zbyt pospiesznie. Dziś naginanie systemu prawa do własnych potrzeb politycznych jest psuciem ustroju, który w Polsce jest już dostatecznie zagmatwany przez prywatne interesy i partyjne schematy myślenia.

Czy więc maszerowanie w pochodach PIS-u było stratą czasu? To zależy od tego, z jakimi intencjami maszerujący maszerowali. Jeśli spodziewali się zmienić coś wprost, to tracili czas. Jeśli protestowali przeciw wynikom wyborów, tak samo. Jeśli natomiast protestowali przeciw psuciu państwa, ich manifestacja była bardzo potrzebna, choć zapewne okaże się mało skuteczna. Na razie. Pocieszmy się tym, że nie tylko w Polsce dochodzi do nierozwiązywalnych konfliktów między władzą ustawodawczą i władzą wykonawczą. Podobnie jest na przykład w Stanach Zjednoczonych, choć tam takie problemy dyskutuje się otwarcie i z wyraźną wolą ich rozwiązania — dla dobra Pańtwa. Także Sąd Najwyższy w Stanach Zjednoczonych różni się od Sadu Najwyższego w Polsce, choć nie chciałbym komentować tego, na czym polega ta różnica.

Poprzestanę na przypomnieniu, że w Polsce od lat nie tylko nie potrafimy rozwiązać, ani nawet nie potrafimy jasno postawić konfliktu między orzeczeniami Unii Europejskiej i ustaleniami Konstytucji RP. Mamy po prostu niezmordowanie wierzyć, że najwyższym aktem prawnym w RP jest Konstytucja, i jednocześnie, że źródłem prawa wyższym od Konstytucji są postanowienia Parlamentu Europejskiego i innych unijnych instytucji.

Jeśli kogoś to martwi, że tak się jednak mówi (mnie nawet bardzo), ten widzi, że protesty uliczne mają swe ukryte, głębokie znaczenie, że „wojna polsko-polska” nie toczy się na próżno, że rosnące zagrożenie wojną w Europie nie jest czymś nieuchronnym, że szykany stosowane w polityce i manipulowanie opinią publiczną mogą się ostatecznie do czegoś przydać. Mogą wzmocnić w nas przekonanie, że pewne konflikty ustrojowe dadzą się rozwiązać tylko w rzeczowej dyskusji inspirowanej szacunkiem dla Konstytucji i przyjaznym nastawieniem do logiki, a nie inaczej.

Jeśli więc ktoś sądzi, że można te konflikty rozwiązać przez zawiązanie nowych koalicji większościowych w Sejmie, to chyba nie widzi, gdzie leży źródło zła. Mieliśmy niedawno rząd oparty na bezwzględnej większości. Czy sprawował on rządy zdolne do rozwiązania zasadniczych trudności ustrojowych? Ja tego nie widziałem.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Przedruk za zgodą redakcji.

Zdjęcie autora: Prof. Jacek HOŁÓWKA

Prof. Jacek HOŁÓWKA

Filozof i etyk, profesor nauk humanistycznych związany z Uniwersytetem Warszawskim. Autor m.in. „Relatywizmu etycznego”, „Wybranych problemów moralnych współczesności”, „Etyki w działaniu”. Publikuje we "Wszystko co Najważniejsze".

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się