projekt relokacji
Fot. Pascal ROSSIGNOL / Reuters / Forum

Jean Raspail pół wieku później

Dla ludzi patrzących jedynie w przyszłość projekt relokacji wygląda jak nowy. Dla znających historię cała procedura budzi jak najgorsze wspomnienia.

Inżynieria demograficzna

Południowa Francja. W domu nad morzem stary profesor obserwuje wybrzeże. Nie ma śladu człowieka – białego człowieka. Widać natomiast na plaży statki, stare, pordzewiałe. Jest ich ponad setka. Profesor patrzy na nie przez lunetę, są tam przybysze, profesor próbuje oszacować ich liczbę. Około miliona, w morzu pływają zwłoki tych, którzy nie przeżyli podróży. Są biedni, budzą litość. Ale jeżeli ta fala zostanie przyjęta, za nią podążą następne. Co robić? W Paryżu przemawia prezydent, nad morze dociera wojsko. Co teraz będzie? 

Tak zaczyna się powieść Jeana Raspaila „Obóz świętych”. Wydana w 1973, pół wieku temu. Katastroficzne czarnowidztwo, a jak wszystko poza głównym nurtem – klasyfikowane jako ekstremalnie prawicowe. Od lat nie jest to jednak już fantazja, tylko rzeczywistość. Jest już bardzo źle, ale może to dopiero początek.

Od lat do wielu krajów europejskich przybywali imigranci do pracy. Prowadziło to do problemów, bo gdy pozwolono na sprowadzanie rodzin, niektórzy się integrowali, ale tworzyły się też getta, alternatywne społeczeństwa. Problem radykalnie się nasilił, gdy kanclerz Merkel w 2015 postanowiła szeroko otworzyć wrota do europejskiego raju. Zrobiła to konsultując się z mało kim, a na pewno nie z innymi krajami Unii. Motywem było populistyczne pragnienie uniknięcia „brzydkich zdjęć”, odpowiadało też niemieckim ambicjom odgrywanie roli „moralnego supermocarstwa”. Nie było prawie żadnej kontroli. Hasłem było „Wir schaffen es” (damy radę) i „Herzlich willkommen” (serdecznie witamy). Panował nastrój entuzjazmu. Gwiazdą tytułowej strony Spiegla była pani kapitan Carola Rackete, która wbrew włoskim władzom dostarczała do Włoch migrantów. Można powiedzieć, że było to pierwsze od wojny przełamanie obcej obrony wybrzeża przez niemiecki statek. Dość szybko jednak Niemcy chciały się podzielić z innymi tym nadmiarem dobrobytu. Szło to dość opornie. Nowemu polskiemu rządowi zjednoczonej prawicy udało się ku niezadowoleniu Niemiec od tego wykręcić. Polska dalej pozostawała oazą spokoju.

Obecnie znowu pojawiają się plany rozdzielenia przybyszów w krajach członkowskich, według zasady „przymusowej solidarności”.

Słyszeliśmy ostatnio, że nie ma przymusu, sprawa jest dobrowolna, tyle że za niewykonanie polecenia trzeba zapłacić karę. Mówi się, że Polska już przyjęła Ukraińców, wobec czego będzie z tego mechanizmu wyłączona – czasowo? Ale mówi się też, że kraje, które się do tej pory wymigały, teraz muszą karnie przyjąć więcej. Mówi się o kilku tysiącach, ale też o setkach tysięcy. O wielu rzeczach się mówi. Co się mówi, zależy od tego, czy akurat się chce uspokoić wyborców, czy zapewnić Brukselę o lojalności. Nie mówi się, jak cały plan ma się rozwijać w przyszłości, czy jest czasowy, czy aż do przekształcenia Paryża w Lagos, a Warszawy w Kabul.

Projekt relokacji i skojarzenia niestety jak najgorsze

Już teraz obciążenie niemieckich miast przekracza wszelkie granice, a zbytnia hojność (zasiłki jak dla Niemców) przyciąga następnych. Ostatnio kanclerz Olaf Scholz mówił, że trzeba postępować twardo i zdecydowanie, ale chciałbym to najpierw zobaczyć.

Dla niektórych moralnym uzasadnieniem jest rekompensata świata białego człowieka za kolonializm. Tyle tylko że Polska uczestniczyła w kolonializmie jako kolonia, a więc raczej mogłaby domagać się reparacji za 123 lata obcej dominacji. Również argument o ubóstwie i chęci lepszego życia do mnie nie przemawia. Przez dekady Europa Środkowa żyła marnie i nikogo to nie bolało. Owszem, można było podczas wycieczki autobusowej po krajach Zachodu pójść do urzędu i zostawiając wszystko „wybrać wolność”, ale krajom Zachodu okazać łaskawość było łatwo, ponieważ komuniści dbali, by były to rzadkie przypadki, uciekający byli dobrze wykształceni, a na Zachodzie panowało pełne zatrudnienie.

Dla ludzi patrzących jedynie w przyszłość projekt relokacji wygląda jak nowy. Dla znających historię cała procedura budzi jak najgorsze wspomnienia. Szczególnego posmaku nabiera to, gdy zauważymy, że w ramach forsowanej centralizacji Unii Europejskiej do dominującej roli aspirują Niemcy. Będą więc oni (i ich bliscy sojusznicy z „lepszej” części Europy) występować na krytycznych pozycjach. Będą z tą sprawą identyfikowani, nie mogą powiedzieć, że ich przy tym nie było. Nowy „Generalny plan”, przypominający dawny Generalplan Ost.

A więc mamy do czynienia najpierw z selekcją migrantów – kto ma zostać wysłany do którego kraju. Nie jest to problem neutralny, ponieważ niektórzy znają choć jakieś języki, może mają jakieś wykształcenie oraz chęć do pracy, ambicję uczciwego awansu. Pokusa, by takich zatrzymać dla siebie, jest ogromna. Mniej wartościowych należy rozprowadzić po innych krajach. Są to jednak ludzie, obdarzeni wolną wolą, energią i pomysłowością. Przemytnikom zapłacili za ten transfer ciężkie pieniądze. Może muszą swoim sponsorom zwrócić dług ze spodziewanego niemieckiego socjalu. I tu jest problem. Bo może tak być, że gdzie indziej będą dostawać tyle, co w Niemczech, ale wtedy na przykład po Polsce będą paradować książęta Orientu, z królewskimi dochodami, wolnym czasem i niezaspokojonym libido – wszystko na koszt tubylców.

Chyba jasne jest, do jakich napięć to prowadzi. Może jednak mieliby dostać – również na koszt tubylców – pieniądze stosownie do lokalnych płac. Ale wtedy żaden nie zechce jechać do Polski. Rodzi się pytanie, jak organizatorzy mają zamiar wepchnąć takich ludzi do transportu i jak trzymać w kraju docelowym, żeby nie uciekli do Niemiec. To ostatnie zadanie zostanie przerzucone na kraj przyjmujący. Mamy więc komplet: Niemiec na selekcji, przymusowe transporty i polskie obozy koncentracyjne. Czy ktoś przemyślał konsekwencje?

20 tysięcy euro. Jednorazowo, miesięcznie, rocznie?

Plan przewiduje, że kraj, który nie chce przyjmować, musi za każdego nieprzyjętego zapłacić 20 tys. euro. Jednorazowo. miesięcznie, rocznie? Koszt utrzymania takiej osoby jest znacznie wyższy, taki haracz byłby nawet opłacalny. Ale Unia w takich kwestiach jest elastyczna i to ona dyktuje warunki, pod groźbą sankcji. Tak będzie zwłaszcza po centralizacji, bo łatwość karania (byłych?) krajów członkowskich jest jednym z istotnych celów tej operacji.

W praktyce sposób wyliczenia będzie wyglądał tak:

(dowolna liczba migrantów) * (dowolny koszt jednego) = (dowolna suma)

Świetny, uczciwy interes. I centrala nie ma żadnego powodu okazywania łagodności, bo jeżeli zabraknie pieniędzy, to podwyższy stawki. Legalny opór w zjednoczonej Europie będzie niemożliwy.

W konsekwencji daje to możliwość inżynierii demograficznej w całej Europie, sterowanej z centrali. Można np. w (dawnej?) Polsce zwiększyć różnorodność populacji. Oczywiście byłaby to różnorodność sztywno zadana według zdefiniowanej normy, z katolikami tymczasowo jako złem koniecznym. I pamiętajmy, że w kraju jako tako humanitarnym takie zmiany demograficzne są nieodwracalne. Spełniłyby się w ten sposób marzenia dawnych polityków, których nazwisk lepiej nie wymieniać, oraz nowych, znowu snujących wielkie projekty przebudowy Europy, przesuwających z zapałem strzałki na mapie.

Reakcyjni politycy i publicyści straszą planami wielkiej wymiany ludności (Great Replacement, Grand Remplacement). Wikipedia podaje, że jest to teoria spiskowa ekstremalnie prawicowych białych nacjonalistów, antysemitów, islamofobów i neonazistów. Jeżeli więc u kogoś plany Unii wywołały niewłaściwe skojarzenia, powinien o nich jak najszybciej zapomnieć.

Baraki, druty kolczaste, wieżyczki strażnicze – naprawdę tego chcemy?

Plany unijne obejmują procedowanie wniosków azylowych zaraz po wjeździe na teren Unii. Przybysze mieliby więc być przetrzymywani do wyjaśnienia na granicy Unii, czyli w praktyce w Hiszpanii, we Włoszech, w krajach skandynawskich i bałkańskich – no i w Polsce. Procedura wyjaśniająca może trwać do trzech miesięcy. Tylko niepoprawni optymiści mogą wierzyć, że w przypadku negatywnej opinii przybysze zostaną faktycznie odprawieni. A do wyjaśnienia muszą zostać skoncentrowani w obozach – czyli w obozach koncentracyjnych. Będę wdzięczny, jeżeli ktoś wymyśli trafniejszą nazwę. A z tym się łączą takie rzeczy, jak baraki, druty kolczaste, wieżyczki strażnicze i wyłapywanie uciekinierów. Polskie obozy koncentracyjne, tym razem prawdziwe, gratka dla zachodnich reporterów. Bo drugą możliwością jest dziurawa kontrola i wypuszczanie tych ludzi bez dokumentów i rejestracji po prostu w Polskę. Wiem, że dla wielu dbanie o bezpieczeństwo i spokój polskich mieszkańców Podlasia to groźny nacjonalizm, zgódźmy się jednak, że na Podlasiu zamieszkują też ludzie.

Co jednak z tymi ludźmi robić – za miesiąc, za rok, za generację? Może by wypadało też zapytać, co oni sami chcą ze sobą robić? Są to młodzi ludzie, mają przed sobą kilkadziesiąt lat życia. Tymczasem unijna opowieść kończy się w momencie dotarcia do kraju przeznaczenia, tak jak hollywoodzki film, gdzie na końcu on i ona się całują i pojawia się napis „The End”. Tymczasem to dopiero początek. W wariancie idealnym chcą się oni integrować, uczyć języka i zawodu i pracować.

Czy naprawdę ktoś wierzy, że Afrykanie się będą uczyć polskiego i węgierskiego? Że zostaną lojalnymi obywatelami swoich nowych ojczyzn i wtopią się w społeczeństwo jak w amerykańskim tyglu? Wątpliwe. Do tego centralizacja Unii doprowadzi do rozmontowania wspomnianych ojczyzn, powstanie więc totalny społeczny chaos, z masami bez określonej tożsamości. Ale może właśnie o to chodzi. Tyle że słyszałem wiele o planach silnej Europy, konkurującej z innymi mocarstwami. W ten sposób nigdy to nie nastąpi, populacja się raczej rozsypie jak w późnym cesarstwie rzymskim pod naporem barbarzyńców. Populacja, bo nie naród europejski, ani nawet dotychczasowe narody.

Wielki plan czy chaos

Również z pracą migrantów jak dotychczas nie za bardzo wychodziło. Porządni ekonomiści wyliczają, że może będzie jakiś zysk w drugim, trzecim pokoleniu – jeżeli cała konstrukcja się nie rozpadnie pod wpływem kosztów przekraczających możliwości.

Doświadczenie uczy, że silne kraje (prowincje) będą chciały przerzucić koszty swoich błędów na słabsze – tak zwana przymusowa solidarność. Jeżeli chodzi o rozlokowanie ich w kraju docelowym, proponowano fantazyjne rozwiązania. W Polsce powstała koncepcja, by ich porozsyłać po parafiach, by wykorzystać chrześcijańską miłość bliźniego. Wyobrażam sobie muzułmanina na katolickiej plebanii, konsumującego bułki z szynką po odmówieniu Ojcze Nasz. Wszystkie tego typu pomysły mogą funkcjonować przez kilka tygodni, ale nie latami, do tego masowo. No i co taki młody muzułmanin miałby na plebanii w Hrubieszowie robić? Pomagać proboszczowi do końca życia rąbać drzewo?

Widzimy tu problem z narracją o ucieczce z krajów ogarniętych wojną. Gdyby rzeczywiście chodziło o ratowanie, mogłoby to mieć sens. Nie należy jednak mylić mitów z rzeczywistością.

Integracja Unii, której częścią jest inżynieria demograficzna, może wyglądać jak jakiś wielki plan, gdzie z tyłu pociąga za sznurki Ktoś Ważny z Brukseli lub Berlina. Nie jestem jednak pewien, czy tak jest. Niewątpliwie centrala ma skłonność do rozpychania się, do powiększania swoich kompetencji w sposób widzialny lub dyskretny (competence creep). Ale czy w Brukseli ktoś ma to całościowo przemyślane? Unia raczej wygląda na federację urzędów, z których każdy ciągnie w swoją stronę. Gdy się pojawia się pandemia, cała polityka koncentruje się na redukcji zakażeń. Gdy tematem jest redukcja CO2, wszyscy redukują CO2, choćby to prowadziło od katastrofy gospodarczej. Gdy dominują obrońcy praw człowieka, żaden realistyczny plan postępowania z migrantami nie jest możliwy. Wszyscy zakładają, że budżety krajów, a zwłaszcza Niemiec, są z gumy. Co ciekawe, właśnie w tych dniach (od 8 stycznia 2024 r.) planowane w Niemczech są wielkie strajki, zwłaszcza rolników. Może ich wytrzymałość ma jednak granice.

Parlament Europejski niczym dwór Ludwika XIV

Oprócz instytucji o słabo zdefiniowanych i zmiennych kompetencjach, coraz większą rolę odgrywa Parlament Europejski. Ma ponad 700 posłów, kilka razy do roku przeprowadza się ze Strasburga do Brukseli i z powrotem, kosztuje ponad 2 miliardy euro rocznie (3.2 miliona na posła). Jako że w tej chwili większość liberalna jest zamurowana, krążą w nim nie tyle idee, co worki z gotówką. Są plany obniżenia wieku wyborczego do 16 lat, co przypieczętowałoby jego emocjonalno-populistyczny charakter. Dzięki sowitym dietom przypomina on dwór Ludwika XIV, gdzie arystokraci byli trzymani jak w złotej klatce, izolowani od swoich prowincji. Liczebność daje pozory demokracji, jak w Chinach (prawie 3000 posłów).

Plany rozwiązania problemu migracji nie wyglądają zbyt realistycznie. Tematem jest dystrybucja, ale nawet nie próbuje się kontrolować dopływu. Przypomina to sytuację, gdy w domu cieknie rura, wzywamy hydraulika, a ten dba tylko, by woda się równo rozlewała po mieszkaniach. Komu się nie podoba, poniesie konsekwencje. Nie widać też jasno zdefiniowanej strategii długoterminowej, wszystko ma zależeć od łaski aktualnych urzędników. Ten brak koncepcji może być wynikiem brakiem skoordynowanego zarządzania lub słabych kadr. Czy potrafi ktoś we władzach prawie półmiliardowej Unii Europejskiej wymienić męża stanu? Ale może być to też chytry plan ostatecznego rozmontowania państw narodowych i scentralizowania Unii. Występuje przy tym jednak ryzyko, że w międzyczasie rozsypie się całość.

Wojna narracji

Istotną rolę w tej historii odgrywają narracje. Narracja głównego nurtu miała kilka wzajemnie sprzecznych wątków.

Z jednej strony chodziło o ratowanie przed wojną uchodźców, zwłaszcza kobiet i dzieci z ostrzeliwanego syryjskiego Aleppo. Na zdjęciach widać było jednak widać uśmiechniętych czarnoskórych młodzieńców. Czasem fotografowali się obok gumowej łodzi kucając w wodzie (jeden zapomniał), by zasugerować, że ledwo zostali ocaleni z fal morskich.

Inna narracja opowiadała, że imigranci (uchodźcy) rozwiążą problemy demograficzne starzejących się Niemiec. Co więcej, Niemcy mieli zdobyć tak potrzebnych im fachowców. Gdyby faktycznie byli to fachowcy, to wyciąganie ze zrujnowanej Syrii wykształconych za syryjskie pieniądze lekarzy i inżynierów trudno by nazwać aktem humanitarnym. W rzeczywistości byli to jednak raczej półanalfabeci. Ekonomista Hans-Werner Sinn wyliczał, w której generacji (o ile wszystko dobrze pójdzie) Niemcy mieliby z nich korzyści.

Obecność takich niespójnych narracji sugeruje hipokryzję, demagogię, a może tylko ignorancję i ideologiczne zaślepienie. Zaślepienie, nie pozwalające na rzeczową dyskusję i prowadzące do walki na puste hasła.

Niespójność narracji widać też w stosunku do naporu migrantów na polską wschodnią granicę. Polska była krytykowana równocześnie za nieludzkie odpychanie migrantów od granicy i za dopuszczanie do jej przekraczania, za budowę muru i za jego nieszczelność. Jeżeliby faktycznie trzeba było przetrzymywać migrantów siłą na granicy, jedna ekipa zachodniej telewizji by pokazywała brutalne postępowanie polskich strażników, a druga by się skarżyła, że zbyt wielu nielegalnych migrantów dociera do Niemiec. Popisy propagandystów widzieliśmy przed rosyjską agresją na Ukrainę, gdy prezentowano fantazyjne relacje przypominające przygody barona Münchhausena, jak historia Ibrahima, który płynął rzeką 6 dni, wychodząc na brzeg tylko w nocy, nie zapalając ogniska i nic nie jedząc. Tego typu historie brzmią jak naigrywanie się z tych ludzi. Kulminacją był film „Zielona granica” Agnieszki Holland, gdzie polscy strażnicy pokazywani są jako sadyści brutalnie wyrzucający łagodnych przybyszów, a wszystko pod znakiem krzyża. Najostrzejsze sceny były oczywistym fejkiem. Narzucały się skojarzenia z niemieckimi produkcjami z okresu narodowego socjalizmu, które miały uzasadnić brutalność wobec Polaków. Wielu krytykowało jednak raczej skojarzenia niż ich źródło.

Tożsamość

Wróćmy do wspomnianej na wstępie książki Raspaila. Do wydania z roku 2011 autor dodał przedmowę „Big Other” (Wielki Inny), w nawiązaniu do orwellowskiego Big Brothera (Wielkiego Brata). Big Other to nie tyle sami migranci, co wewnętrzny i publiczny głos paraliżujący myśli i działania. To wypowiedzi francuskich prezydentów, że nie ma czegoś takiego jak etniczni Francuzi czy kultura francuska, a Europa ma korzenie zarówno muzułmańskie jak i chrześcijańskie. Big Other czuwa.

Dawno temu prezydent de Gaulle powiedział w wąskim kręgu prywatnym, że cieszą go Francuzi żółci, czarni i brązowi. Poświadczają oni, że Francja jest otwarta na wszystkie rasy i ma powołanie uniwersalne. Ale pod warunkiem, że pozostaną niewielką mniejszością, inaczej Francja przestanie być Francją. Francuzi są ludem europejskim białej rasy, o kulturze greckiej i łacińskiej oraz religii chrześcijańskiej. Raspail gorzko stwierdza, że prezydent, który by takie słowa wypowiedział publicznie, jeszcze się nie narodził.

Czy można jeszcze dbać o swoją tożsamość, być dumnym ze swojej tradycji i kultury? Wewnętrzny głos zaleca ostrożność. Ale kto nie szanuje siebie, tego nie szanuje nikt inny. Czego dokonała Europa? Mógłbym długo wyliczać, ale dziś panują inne kryteria. Co jest tematem europejskich i amerykańskich ambasadorów? Prawa LGBT. Swoboda seksualna jako szczytowe osiągnięcie. Ale przepraszam – sex shop można odwiedzić, ale nie budzi on szacunku. Czym mają się zachwycić uczniowie przybyli z innych kultur? Marna szkoła nie jest drogą awansu, mieszanka kulturowa zaniża poziom nauki, poziom języka. Regularnie się to krytykuje, lecz przypomina to krytykę nieuprzejmych kelnerów w PRL – można sobie ponarzekać, do niczego to nie prowadzi.

Czy dążymy do eksplozji?

Jak to się wszystko skończy? Trudno powiedzieć. Unia aplikuje sobie liczne pomysły na rozsadzenie systemu: reformy administracyjne, politykę klimatyczną, politykę migracyjną. Wszystkie są niedopracowane, wygląda na przykład na to, że nie ma dość materiału na baterie do samochodów elektrycznych, wątpliwe jest też, czy energetyka jest dobrze skalkulowana. Reformy są wprowadzane odgórnie, z maksymalnym wyciszeniem tej tematyki wobec społeczeństw. Jak na razie to nieźle działa, ale jak się tacy Francuzi zorientują, że to już nie oni decydują o 65 podstawowych dziedzinach życia, problem może wybuchnąć. Za dużo się dzieje równocześnie, za szybko. No i zawsze zakładamy dominację Niemiec, mniej więcej takich, jak obecnie. Tymczasem już w 2024 odbędą się wybory w trzech landach wschodnich. W sondażach w Saksonii na czoło wychodzi AfD, druga jest CDU, SPD i FDP pod progiem, Zieloni na granicy. Gdy AfD wejdzie do rządu landowego, zostanie przekroczona granica psychologiczna, może pójść lawina. Inne partie, by uniknąć wyborczej katastrofy, będą musiały dopasować swoje programy. Możemy więc mieć ugruntowaną traktatami dominację Niemiec pod rządami AfD. Czy ktoś ma strategię na taki wariant? To oczywiście wywróci politykę europejską do góry nogami. W Ameryce możemy mieć Trumpa, na wschodzie dalej Putina i Xi (albo i nie). Wszystkie opcje są otwarte.

A tymczasem trwa przepychanka o to, kto ilu przyjmie, kogo przyjmie, co z przybyszami zrobi. Często chodzi tylko o to, żeby pognębić – faktycznie lub propagandowo – politycznego przeciwnika. Podstawowy problem polega jednak na tym, że ze względu na liczby, plan ten nie ma najmniejszego sensu. Nie rozwiązuje żadnego podstawowego problemu, pozwala jedynie nieco odsunąć katastrofę.
A migracja trwa. W Szwecji strzelaniny i gwałty. We Francji na Sylwestra spłonęło 745 samochodów, „noc była spokojna”. Na Lampedusie lądują kolejne statki.

Zdjęcie autora: Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Autor "Wszystko co Najważniejsze". Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

SUBSKRYBUJ „GAZETĘ NA NIEDZIELĘ” Oferta ograniczona: subskrypcja bezpłatna do 31.03.2024.

Strona wykorzystuje pliki cookie w celach użytkowych oraz do monitorowania ruchu. Przeczytaj regulamin serwisu.

Zgadzam się